Nie wszyscy byli aniołami

O filmie „W ciemności”, polskim kandydacie do Oscara, z Agnieszką Holland rozmawia Edward Kabiesz

Reklama

Edward Kabiesz: Była „Lista Schindlera” i „Pianista”. Pani film kontynuuje ten temat i też sięga do prawdziwej historii.

Agnieszka Holland: – Jednym z powodów, dla którego filmowcy i twórcy sięgają do tych spraw jest – poza wagą tego wydarzenia w dziejach ludzkości – nagromadzenie dramatycznych sytuacji. I to takich, jakich nie wymyśliłby żaden fabularzysta. Zawierają one w sobie niespotykany ładunek perypetii i trudnych wyborów. I każda z nich nadaje się na film. Więc nie ma sensu samemu wymyślać czegoś, co już zostało wymyślone przez historię. Po zrobieniu „Europy, Europy”, drugiego mojego filmu dotykającego tej tematyki, jeździłam z nim dużo po świecie i miałam mnóstwo spotkań z widzami. Nie zdarzyło się, by po projekcji nie przyszła do mnie chociaż jedna starsza osoba. Dziękowali za film. A potem mówili, że to niebywała historia. I natychmiast dodawali, że ich własne dzieje dopiero były niesamowite! Bardzo żałuję, że tego nie nagrywałam.

Kiedy zainteresowała się Pani historią Sochy?

– Dowiedziałam się o niej, dopiero czytając scenariusz. Pomyślałam, że to fikcja. Do czasu podjęcia decyzji o realizacji „W ciemności” upłynęło kilka lat.

Czy szukała Pani wtedy właśnie scenariusza na ten temat?

– Po „Europie, Europie” powiedziałam sobie, że już nie podejmę tego wątku. Chociaż ta tematyka jest częścią mojej biografii. Szczególnie na styku stosunków polsko-żydowskich. Mój ojciec był Żydem, jego cała rodzina zginęła w getcie. Moja matka jest Polką, która w czasie wojny uratowała żydowską rodzinę, ma tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Zetknęłam się także z polskim antysemityzmem i żydowską pretensją do Polaków. Jest to dla mnie temat bardzo gorący. A ponieważ zrobiłam już o tym dwa filmy i napisałam scenariusz do „Korczaka” Wajdy, można powiedzieć, że spędziłam w tym świecie parę lat życia, nie chciałam robić następnego. A jest to dość kosztowne, bo należy w ten koszmar wejść, by go wiarygodnie przedstawić.

Czy poznała Pani bohaterów filmu?

– Nie wiedziałam, że żyje Krystyna Chiger, mała Krysia z naszego filmu. Książka „Dziewczynka w zielonym sweterku” wyszła jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć do filmu. Żałuję, że jej wtedy nie przeczytałam, bo chętnie włączyłabym do filmu kilka detali.

Nakręciła Pani film mniej hollywoodzki, mroczny, bliższy rzeczywistości.

– Dzisiaj widza trudniej przyciągnąć do kina na coś, co nie jest rozrywką. Myślę, że „W ciemności” oferuje pewnego rodzaju podróż i doświadczenie bardzo intensywne, którego nie znajdzie się gdzie indziej. Może to doświadczenie ekstremalne, ale autentyczne.

Dotyka Pani tematów tabu...

– Film dedykowany jest Markowi Edelmanowi. „Miłość w getcie” była ostatnią rzeczą, którą napisał. Edelman namawiał mnie i Andrzeja Wajdę, by opowiedzieć o tym, że to wszystko nie było takie jednowymiarowe i plastikowe. I że wtedy też ludzie się kochali. Był seks, potrzeba bliskości, ale też miłość bardziej wysublimowana. I to w natężeniu większym niż w normalnym życiu. Chciałam to pokazać, bo dotychczas w kinie przeważa stereotyp, który pokazuje ofiary jako anielskie istoty bez twarzy i płci, których wszystkie uczynki miały wyłącznie charakter szlachetny. To było sentymentalizowanie rzeczywistości. A takie podejście ją w jakimś sensie zabija. Ci ocaleńcy, którzy już film widzieli, mówią: „tak było”. Wolą to niż tzw. szmalec, czyli coś, co zostało zmienione w rodzaj gładkiego kiczu. Są w tym filmie przede wszystkim sytuacje bardzo intymne. Opowiadając, że jakaś grupa ludzi żyje przez kilkanaście miesięcy na małej przestrzeni piekła, siłą rzeczy pokazuje się życie ludzkie we wszystkich jego wymiarach.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama