Kobieta z żelaza

Film Phyllidy Lloyd nie jest niestety udaną biografią byłej premier. Widzowi, który nie zna historii Wielkiej Brytanii z przełomu lat 70. i 80., trudno będzie zrozumieć, na czym polegał fenomen Margaret Thatcher.

Thatcher budziła skrajne emocje. Od uwielbienia po nienawiść. Kiedy w Izbie Gmin odsłaniano jej pomnik, co było rzeczą niezwykłą, bo zgodnie z tradycją robiono to zwykle po śmierci brytyjskich premierów, jeden z parlamentarzystów powiedział: „Ta statua jest prawie tak przerażająca jak sama Margaret”. „Wolałabym posąg żelazny, ale brąz też może być” – skomentowała Thatcher.

Thatcher była premierem przez jedenaście i pół roku. Urząd premiera objęła w 1979 roku w skrajnie trudnej sytuacji gospodarczej. Wielka Brytania była wówczas w zgodnej opinii ekonomistów „chorym człowiekiem”, a zimę 1979 roku nazywano w Wielkiej Brytanii, cytując Szekspira, „zimą niezadowolenia”. Szalała dwucyfrowa inflacja, ciągle wybuchały nieustanne strajki, a znacjonalizowane gałęzie przemysłu wymagały corocznie miliardów funtów dotacji. Jednym z pierwszych znaczących posunięć rządu Thatcher było zawieszenie kontroli ilości waluty, jaką obywatele mogli wywozić za granicę, później przyszły radykalne działania. Denacjonalizacja, koniec kontroli cen, sprzedaż mieszkań komunalnych, pokonanie strajkujących związków górniczych.

W filmie wszystkie te wydarzenia zostały odsunięte na drugi plan. Widzimy je w krótkich retrospekcjach wzbogaconych materiałami archiwalnymi. Od czasu do czasu słuchamy wystąpień Thatcher, w tym to pierwsze po objęciu rządu, kiedy mówiąc o zasadach, jakimi będzie się kierować jako premier, cytuje słowa św. Franciszka z Asyżu. A później w czasie posiedzenia, kiedy oświadcza ministrom swego rządu, że wybrano ich, by ratowali kraj, a nie poddawali się presji ulicy w nadziei na ponowną elekcję.

Jednak te sprawy zaznaczone zostały w filmie na zasadzie przerywników, których nie dało się uniknąć. Już pierwsze sceny, w których oglądamy starą kobietę robiącą zakupy w supermarkecie, sugerują, że reżyserkę nie interesuje Margaret Thatcher jako polityk. Pierwsze wrażenie potwierdza tylko to, co oglądamy później. To film o zmaganiu się z tym, co nieuchronne, z tym, co niesie czas, czyli ze starością. Była premier jest na ekranie osobą samotną, cierpiącą na starczą demencję, która chwilami nie odróżnia świata rzeczywistego od nawiedzających ją halucynacji. Chyba że na przykład sceny, w których rozmawia ze swoim nieżyjącym już mężem Denisem, potraktujemy jako świadomy zabieg mający na celu przybliżenie widzowi jej życia rodzinnego. Autorce filmu nie udało się jednak pokazać, że w tym, co przeżywa bohaterka, jest coś wyjątkowego, coś, co w jakiś sposób wyróżniałoby ją spośród innych, zwykłych ludzi. I jakie przełożenie miała jej działalność publiczna na życie prywatne. Nie wiadomo też do końca, na ile film odzwierciedla rzeczywistość, czy nie jest tylko wynikiem fantazji scenarzystów, co w portretowaniu osoby żyjącej ma przecież swoje znaczenie.

Film przynosi widzowi niedosyt i pozostaje jedynie nadzieja, że „Żelazna Dama” doczeka się kiedyś pełnokrwistego filmowego portretu. Obraz jednak warto obejrzeć ze względu na kreację Meryl Streep w roli tytułowej. Podjęła się niełatwego zadania, grając bohaterkę na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Doskonale poradziła sobie ze zmianą głosu, podobnie jak postać, w którą się wcieliła. Margaret Thatcher miała początkowo piskliwy głos i dopiero ćwiczenia, podjęte po długich namowach doradców, sprawiły, że stał się taki, jaki znamy teraz. Streep znakomicie oddaje też zmiany, jakie niesie ze sobą wiek, chociaż prócz talentu aktorki duży w tym udział charakteryzatorów.

Żelazna Dama. reż. Phyllida Lloyd, wyk.: Meryl Streep, Jim Broadbent, Olivia Colman, Roger Allam, Wielka Brytania 2011

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja