Nie da się zagrać C hrystusa

Z Wojciechem Pszoniakiem o byciu Chrystusem, lwowskich dywanach i cierpieniu rozmawia Barbara Gruszka-Zych.

Reklama

Barbara Gruszka-Zych: Grał Pan ze sławami: Depardieu, Ullmann, Piccoli. Jacy oni są?

Wojciech Pszoniak: – Są normalni. Nie muszą odgrywać wielkości. Takim przykładem na normalną wielkość był nasz papież Jan Paweł II,
jeden z największych, których wydała nasza planeta. Urzekały jego prostota, ogromne poczucie humoru, pomimo że na plecach dźwigał cały świat. Bo najważniejsze jest poczucie humoru. Sam lubię się z siebie śmiać i nie obrażam się, gdy inni śmieją się ze mnie.

To Pana nie dotyka?

– Mam zbyt dobre zdanie o sobie (śmiech). Poza tym poczucie humoru to przejaw inteligencji. Ludzie, którzy potrafią się śmiać, są wolni. Ci groźni dla świata są śmiertelnie poważni.

Od początku mieszkania w Paryżu poznawał Pan sławy.

– No tak, między innymi Józefa Czapskiego, Jerzego Giedroycia, Konstantego „Kota” Jeleńskiego, Janka Lebensteina, Jana Nowaka-
-Jeziorańskiego. Spotykaliśmy się w słynnym Centre de Dialogue Ojców Pallotynów. Miałem szczęście, że poznałem takich ludzi. Przecież ci, których spotykamy, nieustannie nas kształtują.

Dziś najważniejsze, żeby aktor był znany.

– Aktor popularny przez wielu automatycznie postrzegany jest jako dobry. W każdej z dziedzin sztuki działają artyści, którzy potrafią zrobić sobie doskonały marketing i są genialnymi biznesmenami. Z drugiej strony wielu wybitnych artystów, którzy mają wiele do powiedzenia, jest mniej znanych, bo nie mają żyłki marketingowej.

Nie grywa Pan w serialach.

– Ani ich nie oglądam. Tasiemce na ogół są bez wartości. Nie mają znaczenia z punktu widzenia rozwoju artystycznego aktora. Często to tandeta, bełkot, nic.

Kiedy aktor się rozwija?

– Sztukę aktorską można zobaczyć tylko w teatrze. Nabyte tam umiejętności aktor wykorzystuje potem w filmie. Królami filmu są reżyser i kamera. Reżyser może wziąć pani uśmiech, a potem w zależności od tego, czemu to ma służyć, zmontować go do kotleta schabowego. I ten uśmiech będzie co innego znaczył. Podczas gdy na scenie aktor zostaje sam z publicznością, która nie może być oszukana. I to on jest tam królem.

Grając jakąś postać, daje jej Pan siebie, ale też czegoś się od niej uczy.

– Tak, nieustannie musi trwać wymiana między graną postacią a aktorem. Sztuka aktorska to także sztuka myślenia, przeprowadzania analizy odtwarzanych bohaterów. Za każdym razem dokonujemy takiej analizy, której nie umie przeprowadzić nikt prócz aktora. Ani psycholog, ani lekarz nie ma tych narzędzi rozumienia i podpatrywania człowieka, jakie posiadamy my – aktorzy. Tak jak duchowny ma dojście do wiernych kanałem duchowości, tak aktor wchodzi w relacje z odtwarzaną postacią. Związek między nimi jest taki jak między człowiekiem a człowiekiem. To rodzaj głębokiej więzi.

Mówił Pan nieraz, że sztuka odsłania rąbek tajemnicy.

– To dziedzina dotykająca ducha, a więc tajemnicy. Wykracza poza realność. To coś pokrewnego wierze, metafizyce. Nikt pani nie powie, co znaczy głęboko wierzyć. Ale odróżni pani agresywnie krzyczących pod krzyżem spod Pałacu Prezydenckiego od tych, którzy modlą się w cichości. To się od razu widzi. Największa sztuka to umieć przekazać prawdę o człowieku. Ucząc w szkole teatralnej, staram się kształtować artystów, a nie tych, którzy będą się ładnie poruszać na scenie.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama