Rockowy Kohelet

Na pierwszy ogień chciałbym przedstawić płytę wyjątkową, zespołu który na pewno zajmuje poczesne miejsce wśród najwybitniejszych grup rockowych wszech czasów – mianowicie „The Dark Side of the Moon” zespołu Pink Floyd. Zdaję sobie sprawę, iż napisano o niej wiele, ale z drugiej strony, warto zacząć od wysokiego „C”.

Reklama

Chciałbym tym artykułem rozpocząć nowy cykl na Wiara.pl, przedstawiający najlepsze i najwybitniejsze dokonania z zakresu muzyki rockowej. Muzyki, która – niesłusznie – często cieszy się złą opinią. Otoczona jest w pewnych kręgach nimbem jakiegoś dziwnego strachu (który np. nie dotyka współczesnej literatury, czy filmu) przed treściami nie całkiem ortodoksyjnymi. A tymczasem, podobnie jak każda inna muzyka, obfituje ona w dzieła naprawdę wybitne, które warto poznać.

Pink Floyd przed wydaniem tego dzieła miał już ugruntowaną pozycję na światowym rynku ewoluując od muzyki baśniowo-psychodelicznej (wczesne single, płyty The Piper at the Gates of Dawn i A Saucersful of Secrets), poprzez etap eksperymentów (More, Ummagumma – zwłaszcza ta płyta stanowi nie do końca udaną, acz fascynującą próbę połączenia rocka z muzyką awangardową – i świetną Atom Heart Mother), aż do płyt zwiastujących późniejszą dojrzałość, nie stroniącą zarówno od pięknych melodii, jak i od różnych bardziej nowatorskich rozwiązań (druga część wspomnianej Atom Heart Mother, oraz Meddle). Przed nagraniem Ciemnej strony swoistym poligonem doświadczalnym była muzyka do filmu Dolina Barbeta Schroedera (wydana jako Obscured by Clouds), na której obok prostych, piosenkowych form muzycy próbowali również możliwości nowego sprzętu. Do nagrań więc przystąpili „zwarci i gotowi”.

Wówczas Pink Floyd tworzył jeszcze prawdziwy rockowy kolektyw, który dopiero później zaczął pękać przez rozbuchane ego gitarzysty basowego Rogera Watersa. Na Dark Side of the Moon jednak idealnie połączyły się jego zdolności do pisania fenomenalnych tekstów i nadawania im zwartej, logicznej struktury, z wirtuozerią i wyczuciem melodii gitarzysty Davida Gilmoura, jak i z pełną charakterystycznego feelingu grą Ricka Wrighta obsługującego instrumenty klawiszowe (odpowiednio każdy z wyżej wymienionych muzyków był też wokalistą i kompozytorem, co odbijało się tylko pozytywnie na muzycę). Przysłowiowym czwartym do pokera był perkusista Nick Mason – ani wirtuoz, ani kompozytor, ani wokalista, ale jakoś pasował do układanki (także dzięki swoim skłonnością do eksperymentów dźwiękowych, zresztą – wbrew obiegowej opinii nie był on złym perkusitą – do Iana Paice’a, czy Phila Collinsa brakowało mu sporo, ale nie przesadzajmy…).

ClassicRockMusic Time - Pink Floyd + Lyrics

I właśnie od Masona (choć w okresie największego konfliktu między Watersem, a „resztą świata” basista kwestionował autorstwo Nicka, później jednak wyluzował) kompozycji, a właściwie kolażu dźwiękowego zaczyna się Ciemna strona księżyca. Speak to Me to połączenie różnych efektów, które później zostały rozwinięte na płycie, jak – cytując Wiesława Weissa, wybitnego rockowego dziennikarza – szyderczy śmiech i krzyk rozpaczy, który to kolaż kieruje nas w stronę pierwszego, właściwego utworu. Piękna ballada Breathe (muzycznie wspólne dzieło Gilmoura, Watersa i Wrighta) śpiewana przez tego pierwszego i ozdobiona pięknymi brzmieniami lap steel przynosi ukojenie. Zachęca do oddechu, do zatrzymania się w świecie, w którym dominuje wyścig szczurów i niewiele jest czasu na odpoczynek, na refleksję. To bodaj najbardziej optymistyczna kompozycja. Po niej właśnie następuje wyścig szczurów, bieg przez życie.

«« | « | 1 | 2 | » | »»
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Więcej nowości

    Reklama