Strzał w serce

Pisze, bo wierzy, że koniec świata nastąpi, gdy kobieta zapomni, że jest kobietą.

Reklama

Jaka jest jego proza? Znajoma po przeczytaniu książki ks. Marka Chrzanowskiego zauważyła: – Nigdy bym nie pomyślała, że to napisał mężczyzna, ksiądz. On rozumie kobiety.

On sam twierdzi, że każdy ksiądz oprócz powołania ma także charyzmat. – Jednym z moich charyzmatów jest zgłębianie tajemnicy kobiety – mówi z uśmiechem.

Charakter alpinisty

Dla jednych piszę wiersze
dla innych poezję
dla siebie piszę Boga
i tych których kocham

Urodził się 50 lat temu w Rawie Mazowieckiej. W wyniku komplikacji okołoporodowych przeżył wylew. – To, że żyję, widzę i funkcjonuję, to zasługa setek Różańców, odmówionych w mojej intencji przez rodziców i dziadków, i często zamawianych Mszy św. – podkreśla dziś. Na początku lekarze nie dawali mu szans na przeżycie. Później na samodzielność. A jego stan ciągle się poprawiał, jakby na przekór diagnozom. Skończył szkołę podstawową (każdą klasę w innym mieście ze względu na liczne pobyty w szpitalach i sanatoriach) i liceum ekonomiczne. – Nie myślałem o sobie jako osobie niepełnosprawnej. To ze względu na mój charakter alpinisty: pociągają mnie rzeczy, które piętrzą przede mną trudności – wyznaje.

Gdyby nie kochał Boga i Jego woli, nie pokonałby wyzwań, które przed nim postawił Stwórca, i pewnie nie byłby dzisiaj księdzem. – Swoje powołanie odkryłem w Częstochowie – wspomina. – Byliśmy na pielgrzymce, całą klasą maturalną. Kiedy dziewczyny poszły na spacer, ja, ponieważ mam trudności z pokonywaniem schodów, zostałem, żeby się pomodlić. I wtedy wszystkie wydarzenia z mojego życia zaczęły, jak puzzle, układać się w jedną całość. To był strzał w moje serce siłą i mocą Bożej miłości. Nie mogłem nie pójść tą drogą.

Tajemnica maminej torebki
Naucz mnie miłości
Miłości na krzyżu
naucz mnie cichości
w bólu i cierpieniu
pokory mnie naucz
wśród zawieruch i odejść
tych którzy mnie zostawili
gdy potrzebowałem ich serc…

Ksiądz Marek, zanim odnalazł swoje miejsce na ziemi, odwiedził 24 seminaria. – W niektórych dawali mi nadzieję. W innych mówili wprost, że z moim stanem zdrowia nie mam na co liczyć – relacjonuje. Rozumiał i nie miał pretensji ani do przełożonych, ani do Boga: – Otuchy dodał mi bp Władysław Miziołek, który podarował mi różaniec. I stwierdził, że jeżeli to jest moja droga, to Bóg na pewno wskaże mi rozwiązanie. Dał mi też listę z seminariami duchownymi, do których mógłbym się zgłosić.

Jednak to „tajemnica maminej torebki” sprawiła, że trafił do księży orionistów. – Pojechaliśmy do Warszawy po jakieś zakupy: ja, mama i mój młodszy brat. W drodze powrotnej postanowiliśmy podjechać tramwajem. I wtedy pomiędzy biletami mama znalazła karteczkę, którą dostała od znajomej siostry zakonnej. Był na niej adres domu prowincjalnego księży orionistów. Okazało się, że jest on dosłownie kilka ulic dalej. Postanowiliśmy tam pójść od razu i zapytać, czy mnie przyjmą. Wtedy nawet nie wiedziałem, z czym powiązać nazwę orioniści – uśmiecha się ks. Marek.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Więcej nowości

    Reklama