Okno na Roosevelta 5

Musiałem czekać w kolejce. Najpierw „McDusię” dorwała córka. Połknęła ją w jeden dzień. Potem żona. Załapałem się jako trzeci. Jako jeden z 60 tys. Polaków, którzy wykupili pierwszy nakład.

A przecież jeszcze niedawno zaklinałem się, że tej „babskiej serii” nie wezmę do ust!

5 marca 2007. Poniedziałek

Ulica Roosevelta. Pędzę na poznańskie osiedle Pod Lipami na wywiad z Tomkiem Budzyńskim. Mży. Nieopodal leniwie suną pociągi. Przede mną maszerują dziarsko dwie dziewczyny. Chichoczą, gadając przez komórki. Nagle jedna z nich zatrzymuje się, nieruchomieje i z zachwytem w oczach szturcha koleżankę: „Wow! Zobacz, to tutaj!”. Podnoszą wszystkomające telefony i robią zdjęcie za zdjęciem. „To tutaj?” – drapię się po głowie czytając szyld „Czyszczenie pierza”. – Roosevelta 5 – czytam i przeżywam olśnienie. A więc tak wygląda najpopularniejsza literacka kamienica Rzeczypospolitej? I choć zdaję sobie świetnie sprawę z tego, że w spisie lokatorów nie znajdę ani jednego bohatera „Jeżycjady”, aż korci, by nacisnąć przycisk domofonu i zapytać: „Przepraszam bardzo, czy to mieszkanie państwa Borejków?”. Taki manewr wykonała wiele lat wcześniej moja znajoma. Kasia Cudzich-Budniak, córka słynnego jazzmana Andrzeja Cudzicha, jako piętnastolatka trafiła do Poznania. Tata przygotowywał się do koncertu, krakowska licealistka ruszyła w miasto. Z kamerą. – To była sentymentalna podróż – wspomina. – Chciałam dotknąć. Namacalnie przekonać się, że Roosevelta 5 istnieje. Nagrywałam krótkie miniaturki. Trafiłam na Roosevelta i zrobiłam coś, na co dziś na pewno bym się nie odważyła. Zadzwoniłam. Wybrałam jeden z numerów na parterze. „Słucham” – odezwał się męski głos. Wyjaśniłam, że jestem fanką książek Małgorzaty Musierowicz i chciałabym obejrzeć mieszkanie, w którym rozgrywa się akcja moich ulubionych książek. „Proszę wejść” – usłyszałam. Gospodarz był niezwykle miły. Na progu wyciągnęłam kamerę i zaczęłam filmować. Wszystko po kolei. I wtedy z drugiego pokoju wybiegł jakiś nieprzyjemny facet i niezwykle chamskim tonem zaczął pytać: „Co pani wyprawia?”. Zamknęli mnie. Kazali pokazać legitymację i… skasować cały film. Oooo, na to nie mogłam się zgodzić. Nie chcieli mnie wypuścić. Siedziałam w tym mieszkaniu aż 45 minut. Nie ryczałam. Trzymałam się dzielnie, jak bohaterki książek Musierowicz (śmiech). W końcu wynegocjowałam, że skasuję jedynie sceny z domu na Roosevelta. Zgodzili się. Odzyskałam wolność. Następnego dnia podeszłam pod ten dom z tatą. Okazało się w mieszkaniu, które zaczęłam filmować, mieści się… biuro detektywistyczne – wybucha śmiechem Kasia. Skąd ta fascynacja „Jeżycjadą”? – Książki Musierowicz kształtowały mnie od 11. roku życia. Dowiedziałam się o nich od szkolnych koleżanek. Namiętnie czytały tom po tomie. Ja szłam pod prąd. Powiedziałam, że nie tknę tej serii. Zniechęcały mnie ilustracje, tytuły, te wszystkie sentymentalne „Idy sierpniowe” i „kwiaty kalafiora”. „Nie ruszam tego!” – postanowiłam. Wylądowałam z rodziną na wakacjach nad morzem. Lało jak z cebra. W bibliotece znalazłam „Kłamczuchę”. Wzięłam ją z pewną nieśmiałością, zaczęłam czytać i… nie mogłam się od tej książki uwolnić. W końcu zachorowałam na dobre. I do dziś – mówię to jako absolwentka filologii polskiej UJ – to wciąż numer jeden na mojej liście.

By udowodnić otoczeniu, że to nie płytkie, infantylne opowieści dla dziewczynek, zdobyłam się na szaleństwo i obroniłam z „Jeżycjady” pracę magisterską – śmieje się Kasia. Temat? „Problem przebaczenia w twórczości Małgorzaty Musierowicz”. Przytoczone historie pokazują jasno: Jeżycjada stała się nową jednostką chorobową.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja