Dwa płuca, wspólny tlen

Można na dwa obiegi polskiej kultury spojrzeć pozytywnie, widząc w tym jej bogactwo i żywotność. Ale trzeba tego chcieć.

W latach 80. mieliśmy w Polsce fenomen niespotykany w żadnym innym kraju bloku sowieckiego. Poza cenzurą, oficjalną kontrolą i dystrybucją rozwinął się drugi obieg kultury, mający własne wydawnictwa, drukarnie, a nawet studia filmowe i radio. Jak to się stało, że 22 lata po upadku komunizmu znów mamy w Polsce kulturę oficjalną i jej drugi obieg? Czy to świadomy wybór twórców, czy konieczność?

Domykanie systemu

Problemem tym razem nie jest cenzura. Nie ma oficjalnych zapisów i zakazów. A jednak istnieje w oficjalnym nurcie mediów monopol jednej opcji ideowo-politycznej. Kluczowe znaczenie miało podporządkowanie jej mediów publicznych. Jeszcze w czasach żałoby po katastrofie smoleńskiej były one w miarę zróżnicowane programowo. Po wyborach 2010 r. z wizji i eteru zniknęli (poza jednym wyjątkiem) publicyści i artyści o konserwatywnych poglądach. W TVN czy Polsacie i tak ich nie było. Tym samym 80 proc. społeczeństwa, dla którego telewizja wciąż jest jedynym źródłem wiedzy o świecie, przestało być narażone na dysonans poznawczy. Mamy w mediach głównego nurtu (oprócz telewizji są w nim radia, tygodniki opinii i „Gazeta Wyborcza”) spójny przekaz, w którym jedynym problemem dynamicznie rozwijającego się kraju jest toksyczna opozycja. Zbędne stały się także debaty w kluczowych kwestiach dotyczących wiary, ochrony życia, in vitro, mniejszości seksualnych. Wiadomo jakie stanowisko jest tu postępowe, a jakie można prezentować jedynie w mediach katolickich. Bo te świadomie i konsekwentnie nie są traktowane jako wspólna przestrzeń debaty publicznej. Właśnie wypadają z niej także dwa ostatnie przyczółki otwarte na dialog: dziennik „Rzeczpospolita” i tygodnik „Uważam Rze”. Zmiany, jakie zostały tam dokonane przez wydawcę, wyrzuciły do drugiego obiegu całą, reprezentatywną dla prawicy grupę publicystów. Teza o „domykaniu systemu” została potwierdzona przez fakty.

Zapomniane męczeństwo

O dofinansowanie produkcji filmowej z publicznych pieniędzy trzeba zabiegać w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej. I to już od poziomu scenariusza, gdzie dochodzi do pierwszej selekcji. Niekoniecznie merytorycznej. – Po analizie kilku nieudanych prób znalezienia wsparcia dla projektów moich oraz znajomych mam przekonanie, graniczące z pewnością, że na niektóre tematy wsparcia scenariuszowego w PISF nie będzie. Historia najnowsza widziana inaczej, Kościół i wszystko, co z nim związane, to tematy tabu – mówi Jolanta Hajdasz, autorka, reżyserka i zarazem producentka filmu „Zapomniane męczeństwo”. PISF nie był zainteresowany opowieścią o bp. Antonim Baraniaku opartą na nieznanych dokumentach, zdjęciach, nagraniach odchodzących świadków. Projekt nie uzyskał także wsparcia wielkopolskiego Regionalnego Funduszu Filmowego. Ale dzięki determinacji Jolanty Hajdasz i wsparciu prywatnych osób film powstał. Dziś zbiera nagrody i pozwala odkryć na nowo bohaterskiego kapłana. To dzięki filmowi pojawiła się szansa uznania go za ofiarę systemu komunistycznego, a widzowie po pokazach chcą pisać listy z prośbą o wszczęcie jego procesu beatyfikacyjnego. Podobnych przykładów są dziesiątki, setki. A po drugiej stronie mamy wsparty pieniędzmi i mocno promowany film „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego, nieprawdziwy i niedobry. Trudno się dziwić, że Antoni Krauze przygotowując film o katastrofie smoleńskiej, w ogóle zrezygnował z ubiegania się o dotację PISF. Środki na jego wyprodukowanie gromadzi specjalnie powołana w tym celu fundacja, na której czele stanął Bronisław Wildstein.

Są pewne względy…

Problemem niezależnych twórców nie jest tylko brak pieniędzy. Projekty niepoprawne politycznie mają pod górkę na każdym etapie. Choćby kompletowania obsady. – Na razie więcej jest odmów niż akceptacji. Cała sprawa rozbija się o to, że Smoleńsk jest tematem „skażonym”, ludzi owładnął jakiś paraliż, strach. Boją się ostracyzmu towarzyskiego, ale myślę, że jest w tym coś więcej – mówi A. Krauze w wywiadzie dla portalu wNas. – Wysłuchuję na przykład niekończących się opowieści o czyimś całym życiu, żebym pojął, że oni oczywiście całym sercem są „za”, ale… są pewne względy, i tak dalej… Przyznam się szczerze, że nie pamiętam takich rzeczy od czasów PRL. A przecież wszyscy twierdzą, że żyjemy w wolnym kraju, w którym każdy podejmuje decyzje zgodnie z własnym sumieniem. Okazuje się, że nie – twierdzi reżyser „Czarnego czwartku”. Podobny problem ma Wojciech Tomczyk, wybitny dramaturg i scenarzysta, autor znakomitych spektakli „Norymberga” czy „Inka 1946” oraz scenariuszy do popularnych filmów i seriali („Oficerowie”). Jego najnowszy dramat „Bezkrólewie” mówi o mechanizmach rządzących życiem politycznym, zakorzenionych w polskiej rzeczywistości.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Autopromocja