Muzyka potrzebuje wyłączności

Z Jerzym Satanowskim o sukcesie, prowokacji i spektaklu „Romeo i Julia”

Reklama

Barbara Gruszka-Zych: Czym jest dla Pana muzyka?

Jerzy Satanowski: Równie dobrze można by zapytać, czym jest dla Pani powietrze…

To cytat z Poświatowskiej piszącej o miłości, która jest jak powietrze.

Bez muzyki nie mógłbym żyć. To mikrofon podstawiony tajemnicy.

Kiedy wchodzi Pan do pubu i słyszy swoją muzykę, myśli Pan: to miło, że jej słuchają?

Dostaję w ZAIKS-ie spis utworów, które są wykonywane w lokalach i na dancingach. Ale kiedy wchodzę do knajpy i słyszę jakiś swój utwór, nie napawa mnie to specjalną dumą.

Bo lubi Pan rozmawiać w ciszy?

Tak, bo muzyka potrzebuje wyłączności. Trzeba się na niej skupić. To tak, jakby ktoś w tle czytał wiersze, a my byśmy próbowali rozmawiać. (śmiech) Kiedyś razem z reżyserem Januszem Wiśniewskim pojechaliśmy z jego przedstawieniem do Grazu w Austrii. W niedzielę poszliśmy na piknik, a tam jakiś zespół muzyczny grał światowe przeboje. Słuchając go, zaczęliśmy się zastanawiać, co to jest sukces. Janusz w pewnej chwili stwierdził: „Sukces to byłby wtedy, gdybym podszedł do tej orkiestry i powiedział: zagrajcie jakiś utwór Jerzego Satanowskiego, a oni by go natychmiast zagrali”. Wtedy mnie przyszło do głowy, że sukces byłby dopiero wtedy, gdybym podszedł i powiedział im: „Nie grajcie już żadnego utworu Satanowskiego”.

Odniósł Pan sukces?

Myślę, że tak, bo całe życie utrzymuję się z przyjemnej pracy komponowania muzyki dla teatru, filmu i estrady.

Nie kształcił się Pan muzycznie.

W dzieciństwie brałem lekcje gry na fortepianie. Potem sam nauczyłem się grać na gitarze, trochę śpiewałem. Nie spędziłem miliona godzin na ćwiczeniu jak instrumentalista. Nie chodziłem 6 lat do wyższej szkoły muzycznej, gdzie od rana do wieczora trzeba ostro pracować. Z wykształcenia jestem filologiem polskim, więc uprawiam zawód, którego się nie nauczyłem.

To może zniechęcić do studiowania…

Ale jedna uwaga, ten mój sukces trzeba wypośrodkować. Ja nie myślę o sobie jako o kompozytorze. Jeżeli Mozart, Beethoven i Bach są kompozytorami, i ja miałbym też nim być, to byłoby to nieporozumienie. Przecież nie piszę muzyki w formie czystej, ale dokładam ją do innych bytów – spektakli teatralnych, telewizyjnych, baletowych, do poezji. Moja muzyka to składowa polifonicznej całości, część jakiegoś dzieła. Na moją profesję powinna funkcjonować jakaś oddzielna nazwa, której dotąd nikt nie wymyślił. Malarz, rzeźbiarz czy dekorator wnętrz, który pracuje dla teatru, nazywa się scenografem, nie artystą malarzem. W muzyce tego podziału nie ma i dochodzi do paradoksu, że autor muzyki do kilku piosenek czy ścieżki dźwiękowej do filmu jest nazywany kompozytorem.

To dlatego, że ludzie rzadziej kupują płytę z koncertem symfonicznym, częściej muzykę do ulubionego filmu. Oni kreują go na kompozytora.

Ale zawsze słuchają tej muzyki z jakimś fragmentem filmu w głowie. Przypominają im się jakieś sceny, i to dodaje jej życia. Uważam, że takiej twórczości nie powinno się stawiać na tej samej półce z symfoniami, preludiami czy koncertami fortepianowymi. Gdyby u mnie filharmonia zamówiła utwór instrumentalny, pisałbym go chyba z 50 lat.

Ale kultowe piosenki Edwarda Stachury, Jonasza Kofty czy Agnieszki Osieckiej nie powstałyby bez Pana muzyki. A bez nich, muszę to powiedzieć, uboższy byłby świat.

Proszę pamiętać, że te piosenki to dwa w jednym – stop tekstów z dźwiękami. Zresztą powstały dlatego, że najpierw zostałem zainspirowany tymi utworami, a potem próbowałem je po swojemu zinterpretować. Tak działa mój umysł, że gdzieś tam na początku musi być literatura, która wyzwala we mnie potrzebę opowiedzenia tego, co w niej jest, na sposób muzyczny. W przypadku Stachury pisałem muzykę do jego tekstów, z wyjątkiem „Życie to nie teatr”, gdzie najpierw powstała muzyka. Dlatego każdy odniesiony sukces dzielę na pół z autorem tekstu.

Ma Pan dużą pokorę. Wielu artystów zaczyna swoje wypowiedzi od zaimka „ja”.

Byłoby zupełnie inaczej, gdyby tego wywiadu udzielał Kilar, Górecki, Lutosławski, ci, którzy tworzyli czystą muzykę.

Ale za to pracował Pan w duecie z największymi autorami piosenki autorskiej – Osiecką, Koftą, Przyborą, Młynarskim, Kaczmarskim…

Na ogół jakoś akceptowali to, co robię. Pewnie dlatego, że bardzo uważnie czytałem ich teksty. Uchodziłem za kogoś, kto nie pisze przeciw literaturze. Kto rozumie tekst i usiłuje wydobyć z niego to, co muzyka może uwypuklić.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama