Biblia

Legendarny reżyser, genialny współscenarzysta, największe gwiazdy na planie, a efekt? Chyba jednak średnio udany.

Reklama

Nakręcony w 1966 roku film, którego tytuł w oryginale brzmi „The Bible: In the Beginning...” to dzieło dziwne, nierówne, pełne scen i sekwencji zachwycających, ale również takich, które spokojnie można by pominąć, skrócić, przemontować…

Ava Gardner (grająca w filmie Sarę, żonę Abrahama), napomknęła w jednym z wywiadów, że John Huston nie był zbytnio zadowolony z wyreżyserowanej przez siebie „Biblii’. Na niewiele zdała się też współpraca z Orsonem Wellesem, który pomagał przy scenariuszu, ale i jemu nie udało się stworzyć spójnej, ciekawej opowieści, z biblijnych fragmentów, w których mowa o stworzeniu świata, Adamie i Ewie, Kainie i Ablu, Noem, Nimrodzie, czy Abrahamie i Izaaku.

Każdy z nich jest tu jakby osobną filmową nowelą. Każdy też straszliwie się dłuży, choć – jak już wspominałem – są tu także momenty niezwykłe, i może to właśnie na nich warto się podczas seansu skoncentrować.

Już samo stworzenie człowieka robi piorunujące wrażenie. Z ciemności, mgły, wirującego piasku, stopniowo wyłania się nagie, ludzkie ciało. To poetyckie, artystyczne zdjęcia, z których dumny byłby każdy operator. Kawał filmowej sztuki!

Podobne kadry zobaczymy, gdy Abraham zabierze się za składanie ofiar. Reżyser pokaże go na jakiejś niezwykłej (niemalże kubistycznej, stworzonej w atelier) górze. Teatralna sztuczność, ale i ekspresjonistyczny sposób filmowania sprawiają, że sekwencja ta na długo pozostaje w pamięci.

Swoje robi także obecność na ekranie wielkich gwiazd Hollywood. Ava Gardner, o czym była już mowa, gra Sarę. Jednak gdy pojawia się (np. jadąc na wielbłądzie), urodą i charyzmą bardziej kojarzyć może się z królową Saby.

Peter O’Toole wciela się we wszystkich (!) trzech aniołów, odwiedzających Abrahama i to właśnie za sprawą jego kreacji, można mówić o (jedynej?) dawce mistyki w tym filmie.

Swój wielki, aktorski talent pokazuje także George C. Scott wcielający się w Abrahama. W scenie, gdy prowadzi Izaaka przez ruiny Sodomy, oglądamy zrozpaczonego człowieka popadającego w szaleństwo. „Marność nad marnościami i wszystko marność…”. I choć te biblijne słowa nie padają z ekranu, to właśnie one pojawiają się w myślach, podczas śledzenia tej niezwykłej sekwencja „przejścia”.

Są tutaj także momenty lżejsze. Huston nie tylko „Biblię” reżyserował, ale także zagrał w niej Noego. Niepozbieranego, safandułatowego, ale pełnego ciepła i dobroci, próbującego jakoś ogarnąć ów rozbrykany zwierzyniec, jakim staje się w pewnym momencie jego arka.

Między innymi dla tych pasaży warto obejrzeć ten film, którego ani krytycy, ani widzowie nie pokochali. A jednak także i dziś ma nam wiele do zaoferowania – trzeba się tylko dobrze „wpatrzeć”. No i jakoś przebrnąć przez wszystkie te dłużyzny, których – nie wiedzieć czemu – słynny producent Dino De Laurentiis i jego montażyści jednak nie wycięli…

***

Tekst z cyklu ABC filmu biblijnego

«« | « | 1 | » | »»

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama