Wakacje jak sen

Nagle i bez ostrzeżenia, trafiłem na tekst mojego nieocenionego duchowego przewodnika, Benedykta XVI. Na słowa trzeźwiące i w sam raz na ten czas.

Reklama

To zawsze było moje prywatne święto:
noc, kiedy czerwiec przechodził w lipiec.
Kiedyś były to dni głębokich już wakacji,
ostatnimi laty – ciężkiej pracy.

Ale zawsze pod rozgwieżdżonym niebem,
niedaleko morza, w ciepłym powietrzu,
z duchową bryzą.
Jeśli w którąś z tych nocy płakałem – nie pamiętam.

Co ja zrobię bez ciebie, moje ziemskie życie,
bez twoich zmysłów, olśnień,
nawet z bólem nie umiem się rozstać,
ciemnych chwil mi szkoda.

Wystarczysz sam, prawda?
Ani oko, ani ucho?
Zaufam i wtedy pojmę, zrozumiem?
Przejdę z życia w śmierć jak z czerwca w lipiec?

Boże mój, Boże:
poradzisz sobie ze mną?

No właśnie (jak mawia pewien znajomy i bardzo sympatyczny biskup). No właśnie: we wstępnym szkicu tego odcinka „Poezji i teologii” planowałem, że powyższy wiersz (Dios solo basta, Bóg sam wystarczy) „załatwi” sprawę czasu, w którym jest publikowany – przełomu czerwca i lipca, początku lata, wakacji, urlopów. Że wiersz jest wystarczająco „lipcowy”, czyli na czasie, a zarazem odsyła w rejony znacznie poważniejsze niż wakacje, w rejony, którymi się w eseju potem i ostatecznie zajmę. Bo przecież tyle się teraz dzieje (i nie mam na myśli tylko mistrzostw świata w piłce nożnej!)... W Kościele i w polityce, w Polsce i w świecie, w poezji i w teologii. Ale wszystkie notatki na te tematy zostawiam na niedaleką przyszłość.

Bo w porę, nagle i bez ostrzeżenia, trafiłem na tekst mojego nieocenionego duchowego przewodnika, Benedykta XVI. Na słowa trzeźwiące i w sam raz na ten czas: „Ilekroć sądzimy, że jesteśmy absolutnie niezbędni, że Kościół i świat zawisły na naszej wytężonej aktywności, tylekroć oceniamy się zbyt wysoko. Czasami więc będzie to aktem słusznej pokory i uczciwości, jeżeli się zatrzymamy, uznamy własne ograniczenia, skorzystamy z wolnego czasu na odetchnięcie i wypoczynek, jak to wypada stworzeniu zwanemu człowiekiem”.

I zaraz potem otworzyłem Ewangelię na tym Markowym fragmencie, w którym Jezus z dyskretnym humorem i z odrobiną ironii sprowadza swoich uczniów na ziemię słowami „wypocznijcie nieco!” (Mk 6,31). Bo oni wracają z odpowiedzialnej, powierzonej im misji i opowiadają „Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali” (Mk 6,30). Relacjonują sukcesy, nie mają czasu na posiłek, czekają na pochwały, dwoją się i troją, są gorliwi, poważni, przejęci sprawą i – nade wszystko – sobą. Czy aby nam to czegoś (kogoś) nie przypomina? W każdym razie przyjazna ironia Jezusa jest chyba stąd, z ich nadaktywności, z nadmiernego przejęcia się samymi sobą: „idźcie na miejsce pustynne, osobno, i odpocznijcie trochę”. Darujcie sobie ten rodzaj rozgorączkowania, nawet w najświętszych kwestiach.

No właśnie.

Więc to jest temat na dziś: „wypocznijcie nieco”; Pan Jezus ma zawsze rację.

Ale rzecz jest dzisiaj nieco skomplikowana.

Zresztą: nie tylko dzisiaj. Swego czasu na placu targowym w algierskiej Timgadzie odkryto napis z przełomu II i III wieku po Chrystusie: „Łowy, kąpiel, igrzyska, śmiech – to jest życie”. Minęło 1800 lat, a dzisiejsza turystyka, weekendowa kultura i wakacyjny styl życia są dokładnie o tym i takie (słuchacie czasem komercyjnych stacji radiowych? Żyją one głównie z tego, że od poniedziałku przypominają swoim odbiorcom, że weekend tuż, tuż). Jeśli kiedyś kolejne pokolenia archeologów dotrą do reklamowych folderów naszych biur podroży, mogą pomylić europejskie wielkomiejskie place z wcześniejszym o 18 wieków rzymskim rynkiem handlowym w północnej Afryce. Ujrzą bowiem ten sam obraz życia.

Ale to też zrozumiałe: większość z nas traktuje rok spędzony w pracy jako formę braku życia. Czegoż to nie napisano i nie powiedziano złego o pracy w zachodnich korporacjach i klimatyzowanych wieżowcach, o podliczaniu wirtualnych liczb przez znerwicowanych trzydziestolatków wbitych w białe kołnierzyki, żyjących (a właściwie tym samym nie żyjących) w permanentnym stresie i jakże częstym mobbingu. W czasie urlopu chcą nareszcie żyć, czyli bawić się i łowić (nie tylko zwierzęta)... Ale odłóżmy ironię: pragnienie rozrywki i uwolnienia od codziennego przymusu jest czymś bardzo ludzkim, a wypoczynek – czymś absolutnie koniecznym dla bycia człowiekiem.

Ratzinger: ale „nawet w warunkach największej swobody, kiedy mamy dużo wolnego czasu, nasze problemy nie znikają. Człowiek nagle spostrzega, że nie jest już zdolny do życia”. I to zwłaszcza wtedy, kiedy zostaje odpięty od kieratu, kiedy mu zdejmują obrożę, kiedy ma odrobinę czasu, by pomyśleć. I wtedy widzi i rozumie, „że kąpiel, zabawa, żarty to w rzeczywistości jeszcze nie jest życie”.
 

A co nim jest?

W połowie XIII wieku św. Tomasz z Akwinu w jednej ze swoich rozpraw opisuje i komentuje sposoby zwalczania smutku. Pisze o kąpieli, o rozrywkach, o śnie. Również o konieczności spotkań z przyjaciółmi, które są środkiem na osamotnienie, główną – jego zdaniem – przyczynę naszych frustracji. Ale przede wszystkim podkreśla, że podstawowym lekiem na smutek jest relacja z Prawdą, czyli Bogiem. Bo dopiero wtedy żyjemy naprawdę – „to jest życie” – kiedy spotykamy Prawdę. Tylko to nas cieszy, syci, koi, relaksuje w najgłębszym sensie tego słowa. Ratzinger raz jeszcze: „Jeśli wyeliminujemy ten element [szukania Boga, spotkania z Nim – J.Sz.] ze swoich planów wakacyjnych, to czas wolny będzie fałszywy, zakłamany, a my sami, całkowicie zaangażowani w poszukiwanie straconego życia, z pewnością nie zyskamy więcej szczęścia”.

Szukanie Boga to najważniejsze łowy życia, najbardziej ożywcza kąpiel, najbardziej pasjonujące igrzyska. Zabawa i sen są materią wypoczynku, ale jego duszą jest spotkanie Boga samego. „Wróć, moja duszo, do swego spokoju” (Psalm 116,7).

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama