Była w nich wiara

Z Janem Komasą, reżyserem filmu „Miasto 44”, najbardziej oczekiwanej premiery tego roku, rozmawia Edward Kabiesz

Reklama

Edward Kabiesz: Czy w tytule filmu „Miasto 44” nawiązuje Pan do Mickiewicza?

Jan Komasa: Miało być „Miasto”, ale producent Michał Kwieciński był zdania, że dobrze jest czymś złamać tytuł. A ta liczba jest rzeczywiście dosyć symboliczna, dlatego zapadła decyzja, by dodać 44.
 

Czym dla Pana jest powstanie warszawskie?

Powstanie było początkowo nie moim wspomnieniem. Do Warszawy przeprowadziłem się wraz z rodzicami, kiedy tato znalazł pracę w teatrze. Miałem wtedy 6 lat. Dopiero w liceum na Mokotowie dowiedziałem się o powstaniu. Ale jakoś nie bardzo to przeżywałem, podobnie jak moi rówieśnicy. W latach 90. nie było tradycji powrotu do historii. Jedyne, co tak naprawdę robiło na nas potworne wrażenie, to Auschwitz. Nawet na maturze pisałem o Auschwitz. Natomiast powstanie zaistniało dla mnie dopiero w 2001 roku. Pisaliśmy z kolegą scenariusz do etiudy filmowej i 1 sierpnia spotkaliśmy się na Agrykoli. Nagle zawyły syreny, a on wstał. To ja też wstałem. I tak co roku w tym dniu ja też zacząłem się zatrzymywać. Kiedy jednak śp. Lech Kaczyński ogłosił konkurs na scenariusz filmu o powstaniu warszawskim, a producent Michał Kwieciński powiedział mi: „Zajmij się tym”, byłem zaskoczony.
 

Oglądał Pan wcześniej filmy o powstaniu? Który z nich wywarł na Panu największe wrażenie?

Jako dzieciak wraz z bratem, który jest większym kinomanem niż ja, oglądaliśmy wszystko. Bez żadnego ładu i składu. Potem próbowałem uładzić sobie moją wiedzę filmową. Postanowiłem, że zobaczę całego Wajdę, Kawalerowicza, Hasa, polską szkołę filmową. Te filmy zrobiły na mnie różne wrażenie. Chyba największe „Pociąg” Kawalerowicza. Przerażała mnie ostatnia scena „Popiołu i diamentu”, kiedy Zbyszek Cybulski umiera w śmieciach. Może dlatego, że Cybulski przypominał mi mojego tatę. I ciągle mi się wydawało, że mój tata tam umiera. Filmów o powstaniu było niewiele. „Kanał” za pierwszym razem oglądałem bez jakiegoś piekielnego zachwytu. Dopiero kiedy zacząłem przygotowywać film o powstaniu, oglądałem i czytałem wszystko na ten temat. Chodziłem do Muzeum Powstania Warszawskiego. Właściwie chciałem zrobić polskiego „Szeregowca Ryana”, ale konkurs na scenariusz filmu o powstaniu przegraliśmy. Mijały lata. Zrozumiałem, że ten film chyba nie powstanie. Musiałem zająć się czymś innym, bo zwariowałbym. Kiedy „Sala samobójców” przekonała moich potencjalnych sponsorów, że umiem jednak coś zrobić, uruchomiły się środki na „Miasto 44”.

Zrozumiałem, że ten film nie może wyglądać jak „Szeregowiec Ryan”. Wtedy wraz z operatorem sięgnęliśmy do polskiej szkoły filmowej. „Kanał” obejrzałem kilkadziesiąt razy. Bardzo go doceniam i nie wyobrażam sobie, jak człowiek robi film 12 lat po powstaniu, kręci go jeszcze w tych ruinach, a film nazywa się „Kanał”, co ma swoje znaczenie. I film kończy się kratą, z której nie da się wyjść.
 

„Kanał” do dzisiaj budzi kontrowersje, ale te filmy kręcono w czasach cenzury. Pan nie miał takich ograniczeń.

To nie jest tak, bo dzisiaj mamy zupełnie inny rodzaj cenzury. Jest cenzura komercyjna. Ja staram się godzić ogień z wodą, ale marzy mi się zrobienie filmu w taki sposób, kiedy nikt nikomu nic nie narzuca. Nie wiem, czy takie czasy kiedyś wrócą, czy dane mi będzie zrobić taki kameralny filmik, może nikomu niepotrzebny, ale dzięki temu fajny. Uwolniony od myślenia o wielkiej widowni. Ta obecna cenzura zakłada bardzo mocno słupki.
 

Pan chyba też je sobie założył?

Ja się w tym wychowałem, mam je we krwi. Ale podoba mi się też mniejsze kino, na które nikt nie czeka. Takimi filmami były filmy Andrzeja Barańskiego czy „Aktorzy prowincjonalni”. W nich nie myślało się o grupie targetowej. Teraz widzę, że pewne gatunki giną i trzeba je chronić.
 

Oczekiwania związane z „Miastem 44” były ogromne. Pracował Pan nie tylko pod presją cenzury słupków… 

Ta presja trwa dalej. Na początku września pokazaliśmy film w wersji kinowej, czyli dokładnie taki, jaki miał być.
 

W takim razie, jaką wersję oglądaliśmy na Stadionie Narodowym? Nieskończoną? 

Była to wówczas najlepsza z możliwych wersji. Chcieliśmy pokazać film w ramach obchodów 70. rocznicy, aby powstańcy, którzy w tym roku przyjechali do Warszawy z całego świata, mogli go zobaczyć jako pierwsi.
 

Czy w tej ostatecznej wersji wprowadził Pan jakieś istotne zmiany?

Stadion Narodowy nie jest miejscem kinowym. Wartość tego wydarzenia w sensie uroczystości, symbolu i emocji była ogromna. Chcieliśmy, by przyszli tam powstańcy i by widzowie zgotowali im owację. To było takie jedno wielkie „dziękuję” od nas wszystkich dla nich. Mieliśmy takiego przyjaciela filmu, pana Tadeusza, który bardzo nam pomagał. Działał na styku filmu i środowisk powstańczych. Nie przyszedł na pokaz na stadionie. Nie wiedzieliśmy dlaczego. Następnego dnia dowiedzieliśmy się, że zmarł, wybierając się na stadion. Na jego łóżku leżały dwa zaproszenia. Natomiast w sensie czysto filmowym „Miasto 44” nie było jeszcze skończonym filmem. Na stadionie wiele delikatnych rzeczy uciekło.
 

Stefan, główny bohater, jest właściwie takim bohaterem z przypadku. 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Więcej nowości

    Reklama