Pachniało rybką wszędzie

Kurort po wojnie pękał w szwach. – Kto miał pieniądze, przyjeżdżał tu wypoczywać. Letników, głównie z Warszawy, nazywaliśmy stonką. Wszystko wyjadali i wykupywali – opowiada Michalina Chałka, mieszkanka Sopotu od 1945 r.

Reklama

Czy najsłynniejszy kurort w Polsce bardzo zmienił się na przestrzeni lat? Odpowiedź na to pytanie możemy znaleźć we wspomnieniach mieszkańców gromadzonych w ramach inicjatywy „Sopocianie”. – Jej celem jest zebranie dokumentacji archiwalnej i fotograficznej, zapisów dźwiękowych i filmowych, a przede wszystkim przekazów ustnych, które pomogą stworzyć zbiorową biografię ludzi żyjących w Sopocie – wyjaśnia Karolina Babicz-Kaczmarek z Muzeum Sopotu, koordynatorka projektu.

Na solarium...
Ciocia pani Janiny, Eugenia Matejko przyjechała do Sopotu spod Wilna. Był koniec 1945 r. Młoda dziewczyna szybko zaczęła pracę w Zakładzie Balneologicznym, gdzie kuracjusze korzystali ze zdrowotnych kąpieli solankowych oraz inhalacji.

– Sopockie uzdrowisko cieszyło się renomą i było znane w całej Polsce. Odwiedzali je, jak się to dzisiaj mówi, prawdziwi celebryci – wspomina pani Michalina, wieloletnia mieszkanka Sopotu. Nad Bałtyk zjeżdżali najwyżsi rangą dygnitarze partyjni na czele z Bolesławem Bierutem i Józefem Cyrankiewiczem, którzy mieszkali w przedwojennych willach tuż przy samej plaży.

– Pewnego dnia Nina Andrycz, żona Cyrankiewicza, zażyczyła sobie masażu. Nie pofatygowała się do zakładu, tylko kazała przyjść cioci Gieni do siebie – relacjonuje pani Janina. Jednym z ulubionych miejsc sopocian i kuracjuszy było... solarium w Łazienkach Południowych. Panie leżały na drewnianych pomostach, oddzielonych od reszty wysokim płotem.

– Wielką i jedyną lampą było słońce, a kobiety opalały się w stroju Ewy – opowiada Emilia Pakalska, której rodzina mieszka w Sopocie od 1947 r. Wkrótce okazało się, że „solarium” jest atrakcją nie tylko dla pań spragnionych słońca. – Wystarczyło wczołgać się pod pomosty, by móc przez dziury w deskach cieszyć oczy widokami, które w tamtych czasach nawet w zachodnich filmach nie były dostępne – śmieje się Marcin Jacobson, mieszkający w Sopocie od 1950 r.

Od zawsze nieodłącznym elementem sopockiego krajobrazu, oprócz plażowiczów, byli rybacy. – Obok łodzi stały małe wędzarnie. Pachniało rybką wszędzie – przypomina sobie pani Michalina.

Sopot,moja mała ojczyzna
– Kiedy zaczynaliśmy rok temu, myśleliśmy, że tych relacji będzie niewiele. Tymczasem zainteresowanie „Sopocianami” przerosło nasze oczekiwania. O sukcesie zdecydowała reklama szeptana – mówi K. Babicz-Kaczmarek.

– Sopocianie mają świadomość, że dzięki projektowi ich losy nie zostaną zapomniane – uzupełnia Marta Szagżdowicz, która przeprowadza wywiady. Lokalna inicjatywa objęła swoim zasięgiem nie tylko Polskę, ale cały świat. – Zgłaszają się do nas osoby z Austrii, Kanady, USA i wielu innych miejsc. Mówią, że nigdzie nie czuli się tak dobrze jak w Sopocie. To dla nich taka mała ojczyzna, którą muszą odwiedzić przynajmniej raz do roku – podkreśla M. Szagżdowicz. Zebrane relacje i archiwalne zdjęcia trafiają na stronę internetową.

– Sopocianie rozpoznają na nich swoich dawnych przyjaciół, a nawet członków rodziny – opowiada M. Szagżdowicz. Na podstawie zgromadzonych dotychczas archiwaliów Muzeum Sopotu zrealizowało film dokumentalny, audycje radiowe, warsztaty dla młodzieży szkolnej, wykłady, prelekcje i wystawę plenerową. Efektem końcowym projektu będzie obszerna publikacja dedykowana wszystkim mieszkańcom kurortu.

Arcyksiążę na plaży
Genius loci Sopotu objawia się nie tylko w ludzkich historiach, ale także wyjątkowej architekturze. Szczególną uwagę przykuwają nadmorskie wille i rezydencje. Ich dzieje, jak również losy kilku pokoleń domowników, możemy poznać dzięki najnowszej wystawie przygotowanej przez Muzeum Sopotu.

– Pod koniec XIX w. kurort stawał się coraz bardziej modny i popularny. Dlatego wielu zamożnych właścicieli firm, handlowców, bankierów i arystokratów wybierało Sopot jako miejsce swojego stałego pobytu. Najwybitniejszą z tych postaci był sam arcyksiążę pruski Fryderyk Wilhelm – informuje Justyna Gibbs, współautorka wystawy. Budynki projektowane przez najlepszych architektów odzwierciedlały upodobania właścicieli.

– Przy niemal każdej willi znajdowały się ogród, oranżeria, szklarnia, wieża ciśnień, a niektóre zostały nawet wyposażone w windy – wylicza J. Gibbs. Do dzisiaj w mieście zachowało się aż 200 zabytkowych rezydencji. Przygotowana została specjalna mapka. Każdy może podążyć szlakiem 12 wybranych willi i ich mieszkańców.

Wystawa „Architektura willi i rezydencji sopockich. Projektanci, inwestorzy i użytkownicy w latach 1870–1945” w Muzeum Sopotu potrwa do 7 grudnia. Korzystałem m.in. z relacji pochodzących z projektu „Sopocianie”

Weź udział
Czujesz się sopocianinem i chcesz podzielić się swoimi wspomnieniami? Zgłoś się do Muzeum Sopotu lub zadzwoń pod numer: 58 551 22 66.

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama