Starożytności ojczyste

Krakowscy etnografowie przywrócili do życia niezwykłe świadectwa ludowej religijności sprzed wieków.

Reklama

Wygląda na to, że Opatrzność trzymała te drzeworyty dla nas – śmieje się Beata Skoczeń-Marchewka. Na co dzień jest starszym kustoszem Muzeum Etnograficznego im. Seweryna Udzieli, ale dwa lata temu wraz z Grzegorzem Graffem dokonała odkrycia zgoła niecodziennego. Krakowskim etnografom udało się odnaleźć niezwykłą kolekcję, po której ślad zaginął 70 lat temu. 141 spośród drzeworytów zbieranych w pierwszej połowie XIX wieku przez Józefa Gwalberta Pawlikowskiego, prawnika i ziemianina, miłośnika „starożytności ojczystych”. Zbieg okoliczności, łut szczęścia, ale przede wszystkim dociekliwość badaczy sprawiły, że dziś można znów oglądać unikatowe świadectwo ludowej kultury i ducha ludzi sprzed wieków.

Detektyw na pątniczym szlaku
Pawlikowski pasją kolekcjonerską zaraził się od Józefa Maksymiliana Ossolińskiego. Poznali się, gdy w 1822 roku nadworny sekretarz został wyznaczony przez Stany Galicyjskie do zinwentaryzowania i przewiezienia zbiorów Ossolińskiego z Wiednia do Lwowa.

Wkrótce Pawlikowski sam zaczął zbierać książki, mapy, ryciny i numizmaty, gromadząc je w swojej rodzinnej posiadłości w Medyce, a od 1849 roku we Lwowie. Kolekcjonerstwo traktował jako patriotyczny obowiązek, sposób na zachowanie naukowego i kulturalnego dorobku narodu, do którego zaliczał także niedoceniane wówczas świadectwa wiary, którą żyli prości ludzie i którą wspierały wizerunki świętych. Kolekcja oczywiście nie powstałaby bez pomocy kilku „detektywów”, wśród których najaktywniejszy był Kajetan Wincenty Kielisiński – rysownik i bibliotekarz. Przemierzał on szlakiem pątniczym wzdłuż i wszerz ziemie trzech zaborów.

Najcenniejsze zdobycze przywiózł z Turska, Góry Świętej Anny, Radecznicy, Kobylanki i Kalwarii Zebrzydowskiej. „Ja łażę między żydami, po szynkowniach nawet zbieram i zbieram, już tak mam 40 sztuk polskich, są to drobiazgi, ale polskie – oh czemużem nie bogaty, tyle tu jest rzeczy do nabycia” – pisał w liście do Pawlikowskiego w 1833 roku. Gdy kolekcja już powstała, Kielisiński tak opisywał ją w poznańskim „Orędowniku Naukowym”. „Są jeszcze dwie teki, w które się złożyły obrazy patronów Polski, obrazy cudowne po różnych miejscach kraju czczone. Znajdą się tu obok pięknych sztychów, owe odpustowe na zdobienie wiejskich chatek przeznaczone drzeworyty, owe płody Sagańskiego, kalwaryjskie i częstochowskie utwory”.

Przeciw morowemu powietrzu
Takie „święte obrazy” trafiały do chłopskich chat najczęściej jako pamiątka z pielgrzymki. Kupowano je także na jarmarkach lub od domokrążnych handlarzy. Drzeworyt odbity na papierze naklejano wprost na ścianach lub oprawiano i stawiano w „świętym kącie”. Po jakimś czasie zastępowano go (lub przykrywano) nowym wizerunkiem. – Niekiedy litościwa ręka chroniła zużytą grafikę, umieszczając ją we wnętrzu nowo nabytego obrazu.

Trudno dziś orzec, czy z sentymentu do pamiątki po ojcach, czy z wiary, że święty patron z obrazka, mimo że przysłonięty, nadal będzie otaczał domowników swą opieką, czy też z praktycznych względów – mówi Beata Skoczeń-Marchewka.

Inspirację dla twórców drzeworytów stanowiły głównie cudowne wizerunki czczone w sanktuariach. Niektóre wprost kalkowane i kopiowane. Odbitki sprzedawane do chłopskich chat z założenia miały pełnić funkcje kultowe, a czasami nawet magiczne. Umieszczane na nich teksty miały chronić przed nieszczęściami. Jeden z takich drzeworytów, zatytułowany „Modlitwa przeciw morowemu powietrzu”, zdaniem Antoniego Bartosza, dyrektora Muzeum Etnograficznego w Krakowie, uderza w sposób szczególny. – Myślę, że tę modlitwę wieszano nie tylko by chronić się przed zarazą. Ona mówiła też o tym, jak sobie z nieszczęściem radzić, kiedy już przyjdzie.

Świadczy o tym także piękny motyw płaszcza, jakim Matka Boża otula ciało Jezusa zdjęte z krzyża, obejmując swą troską wszystko i do końca – mówi dyrektor. Drzeworyty przyczyniały się do upowszechniania wśród prostych, niepiśmiennych odbiorców wiedzy na temat świętych patronów czy cudownych wydarzeń. Pełniły rolę swoistych „mediów”, przywołujących dziś skojarzenia z komiksami. Szczególnie dotyczy to kompozycji o dużych rozmiarach, składających się ze sklejonych odbitek, odciśniętych z dwóch lub nawet czterech desek. Powstawały w ten sposób wielkoformatowe grafiki, niejednokrotnie o bardzo rozbudowanej narracji.

Odwzory i lichoty
Już po śmierci Pawlikowskiego (w 1852 roku) o jego kolekcji pisał Henryk Schmitt na łamach krakowskiego „Czasu”: „Widzisz tu nagromadzone razem różnych czasów wizerunki świętych i obrazów, oglądasz zestawione obok siebie lepsze lub gorsze, a czasem nawet potworne odwzory owych obrazów, w których cudotworność lud nasz wierząc, gromadnie do nich się cisnął (…). Są to po największej części lichoty tak pod względem układu (kompozycji), jak wykonania, z których artysta niczego się nie nauczy, ale dla badacza rzeczy ojczystych i starożytności mają one wielką wartość”.

Drzeworytami ze zbiorów Pawlikowskiego zachwycił się za to pół wieku później Władysław Skoczylas: grafik, rzeźbiarz i malarz. Dla twórcy polskiej szkoły drzeworytu i jego uczniów działających w stowarzyszeniu „Ryt” owe „lichoty” stały się źródłem artystycznych fascynacji. „Niejednokrotnie w dziełach tych barbarzyńskich w pojęciu i wykonaniu tkwi więcej wartości artystycznych, niż w bardzo wielu obrazach zapełniających nasze wystawy sztuki” – przekonywał W. Skoczylas. A potem przyszła wojna. Kolekcja przechodziła z rąk sowieckich do niemieckich (i z powrotem). Dokładnie nie wiadomo, kiedy ślad po niej zaginął, ale w katalogach Lwowskiej Narodowej Naukowej Biblioteki Ukrainy im. Wasyla Stefanyka (LNNBU) już o zbiorach Pawlikowskiego nie ma mowy.

Utrudnieniem w poszukiwaniach był fakt, że obiektom nadano po 1944 roku nowe numery inwentarzowe. Ponadto, jak się później okazało, kolekcja ludowych drzeworytów została oddzielona od prac profesjonalnych grafików. Być może świadomie chciano w ten sposób nasze „starożytności ojczyste” ukryć, czy może ochronić, by nie zostały w czasach sowieckich zniszczone. Beata Skoczeń-Marchewka uważa, że powód był inny. Po prostu nie potraktowano teczek z ludowymi drzeworytami z należytą powagą.

– My jesteśmy świadomi wartości tych skarbów, oni mają w swoich zbiorach dużo cenniejsze, ich zdaniem, rzeczy – mówi pani kustosz. – Z drugiej strony, wnikając w odkrytą teraz kolekcję, także pracownicy Biblioteki Stefanyka zaczynają patrzeć na nią inaczej, niejako od nowa – podkreśla Antoni Bartosz.

Święci i anioły
Na 141 eksponowanych w krakowskim Muzeum Etnograficznym drzeworytach odnaleźć można było całą historię polskiej religijności ludowej. Nie tylko znane i dziś cudami słynące wizerunki Madonn, ale całą plejadę świętych, wokół których toczyło się ówczesne życie. – Mój ulubiony to święty Izydor Oracz – mówi Antoni Bartosz i wskazuje na świetnie zachowaną grafikę, na której szczególnie czczony przez włościan święty modli się, a za nim anioł orze pole. Tradycja głosi, że Izydor był prześladowany za swą religijność.

Pewnego dnia ekonom przyłapał go na modlitwie i wtedy obok zobaczył niezwykłą postać, która Izydora zastępuje w pracy. – Też chciałbym mieć takiego anioła – uśmiecha się dyrektor. W kolekcji są też inni „praktyczni” święci: Ambroży (patron pszczelarzy), Antoni, Jerzy, Mikołaj, Florian, Walenty, Wawrzyniec, a każdy rozpoznawalny poprzez atrybuty związane z jego kultem. W przypadku wizerunków kopiowanych ze słynnych sanktuariów zwracają uwagę otaczające je ikonograficzne przedstawienia cudów, jakie dokonywały się za sprawą Matki Bożej – nie tylko z Częstochowy czy Kalwarii, ale także Leżajska, Przyrowa czy Turska.

Z kolei wizerunki Jezusa akcentują wydarzenia Drogi Krzyżowej, obecność narzędzi Męki Pańskiej i grozę śmierci na Golgocie. Najliczniejszy zbiór z wyobrażeniem Ukrzyżowanego tworzą w kolekcji Pawlikowskiego drzeworyty przedstawiające Chrystusa z sanktuarium w Kobylance k. Gorlic. To najróżniejsze kopie obrazu, jaki Jan Wielopolski otrzymał od papieża Innocentego XI pod koniec XVII wieku i podarował najważniejszemu w kolejnym stuleciu sanktuarium diecezji tarnowskiej. Niezwykły wizerunek był – jak widać po drzeworytach – otaczany wówczas wielką czcią.

Po nitce do kłębka
Krakowska wystawa nosiła tytuł „Spotkanie”. Po 70 latach. Dyrektor Bartosz pokazuje drewniany klocek, matrycę, z której odbijano drzeworyty. Pochodzi z krakowskich zbiorów, zaś odbitkę z niej znaleziono właśnie we Lwowie. Teraz, po latach, spotkały się na jednej wystawie. Jak do tego doszło? Jeszcze kilka lat temu pewna ukraińska badaczka dokonała wnikliwej kwerendy w poszukiwaniu kolekcji Pawlikowskiego. Nie znalazła.

– Dwa lata temu pojechaliśmy do lwowskiej biblioteki im. Wasyla Stefanyka. Przełomem była rozmowa ze Stiepanem Kostiukiem, chyba najstarszym pracownikiem tej placówki. Wysłuchał nas uważnie, podrapał się po głowie i powiedział: „chyba coś takiego tu było”. Po dwóch dniach przyniósł nam teczkę ze świetnie zachowanymi drzeworytami. To był Pawlikowski! – wspomina pani Beata. Oczywiście teczka nie zawierała wszystkich drzeworytów, ale po tej nitce udało się dotrzeć do kłębka i odnaleźć praktycznie całą kolekcję (bez dwóch grafik). W ciągu dwóch lat udało się ją wspaniale opracować, opisać oraz wydać w formie książkowej.

– I zrealizować w ten sposób testament Józefa Gwalberta Pawlikowskiego – podkreśla B. Skoczeń-Marchewka.

Wystawy „Spotkanie” w Muzeum Etnograficznym im. Seweryna Udzieli obejrzeć już nie można. Dobiegła końca. Ale krakowscy etnografowie udostępnili cały zbiór w formie cyfrowej w Wirtualnym Muzeum Drzeworytów Ludowych - www.drzeworyty.pl.

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama