Malowanie szeptem

O miejscu sacrum w sztuce i radości tworzenia z prof. Antonim Cyganem

Reklama

Ks. Tomasz Jaklewicz: Jaką część Pańskiej twórczości stanowi malarstwo o tematyce religijnej?

Prof. Antoni Cygan: Od początku tematyka sakralna była niezwykle ważnym elementem mojego malarstwa. Całość pracy nad świątynią w Zabrzu, w kościele św. Pawła Apostoła zajęła 10 lat. Dwa obrazy do prezbiterium kościoła „Nawrócenie Szawła” oraz „Kamienowanie Szczepana” (280x400 cm) wielopostaciowe, skomplikowane formalnie i ideowo, malowałem ponad trzy lata. Na wystawie w muzeum archidiecezjalnym będzie można zobaczyć „Ostatnią Wieczerzę” – obraz, który powstawał ponad półtora roku. Ale pojawiały się również w minionych latach wątki pozasakralne. To człowiek jest dla mnie tą ideą najważniejszą sacrum.

Czy realizacja wnętrza kościoła w Pawłowie była zamówieniem proboszcza?

Trudno to nazwać zamówieniem. Wszystko zaczęło się za czasów poprzedniego proboszcza, któremu zaproponowałem namalowanie nowej drogi krzyżowej. Konieczność przeprowadzenia remontu kościoła spowodowała, że przez następne dziesięć lat kompletnie zmieniło się wnętrze naszej świątyni. Dwóch ludzi spotkało się we właściwym czasie i we właściwym miejscu.

Efektem tego jest realizacja wnętrza kościoła od kolorystyki, przez projekty ołtarzy, malarskie elementy po nową wizję polichromii lipowych rzeźb. Konsultowałem z nowym proboszczem wszystkie pomysły, jednak podstawą współpracy było zaufanie, jakie miał dla mojej wizji. Nawet filary, które zaprojektowałem w kolorze zielonym, a co do których sam nie miałem pewności, zostały zaakceptowane. Dzisiaj, po kilku latach, mam nadzieję, że nikt sobie nie wyobraża „Świętego Pawła” bez takich właśnie rozwiązań. Zamówienia dla twórcy są ważne. Większość realizacji w kościołach wykonałem jednak na własne zamówienie. Dwie drogi krzyżowe namalowałem dlatego, że pojawił się nowy pomysł na konstrukcję cyklu. Dopiero po jakimś czasie ktoś zauważył te obrazy i znalazły one swoje miejsce w świątyniach.

Czyli tematyka religijna to raczej owoc Pańskich osobistych zainteresowań. Artysta, który podejmuje takie tematy, jest dziś zjawiskiem rzadkim. Czy nie czuje się Pan dziwakiem w swoim środowisku?

To kwestia spojrzenia w ogóle na sztukę. Ważne jest to, co się chce przez swoją twórczość przekazać. Dla mnie Biblia jest źródłem prawd ponadczasowych, nieprzemijających. To opowieść o powstaniu, narodzinach, śmierci, to historia zbrodni, zdrady, nadziei, wybawienia, nienawiści, miłości. To dla mnie i nie tylko dla mnie, malarza, niekończąca się księga obrazów. Malarstwo sięgające do motywów religijnych mówi o sprawach, które nigdy nie tracą na aktualności, niezależnie od tego, w jakich czasach żyjemy i kto nasze obrazy ogląda. Ilustracyjność moich obrazów jest tylko formą, w którą ubieram idee, metaforę, tajemnice.

Dziś problematyczne stało się już nie tylko podejmowanie tematyki religijnej, ale w ogóle prawd natury ogólnej. Czy nie ma Pan wrażenia, że sztuka współczesna ucieka od wszystkiego, co ma posmak prawdy metafizycznej?

Sztuka końca XX wieku i początku XXI wieku, w bardzo szerokim obszarze, to sztuka komentująca, społecznie zaangażowana. Moim zdaniem to jest jakiś etap, na którym jako społeczeństwo, w tym i twórcy, jesteśmy. Nie można się obrażać na rzeczywistość, wolność w sztuce jest wartością najważniejszą, jednak z wolności też trzeba nauczyć się korzystać. Bardzo cenię różnorodność, ponieważ z wielości ma szanse urodzić się coś wyjątkowego, a o to w sztuce przecież chodzi. Dziś artysta ma możliwość „mówienia” na tysiące sposobów. Jeżeli może bulwersować, wręcz obrażać, szokować, to dlaczego nie mógłby poszukiwać prawd uniwersalnych głosem mniej krzykliwym, szeptem. Sprawia mi przyjemność posługiwanie się językiem metafory w opowiadaniu o rzeczach, które mnie nurtują, o których myślę, które mają dla mnie wyjątkową wagę i które są blisko mnie. Z przyjemnością na powierzchni płótna szukam odpowiedzi, a przede wszystkim sam sobie zadaję pytania, również te metafizyczne.

Pan maluje trochę tak, jakby był z innej epoki. W Pańskim malarstwie odnajduję echo wielkich mistrzów sprzed wieków.

Nie czuję się malarzem z innej epoki. To, że w taki sposób podchodzę do moich obrazów, to kwestia mojego myślenia o malowaniu i o roli obrazu. Mnie nie bawi poszukiwanie na siłę nowego tropu w malarstwie. Bardziej frapuje mnie mierzenie się z wyzwaniem, jakim jest np. namalowanie „istoty” człowieka na płótnie. Malowanie musi być również zabawą w opowiadanie czegoś w taki sposób, który pozwoli nasze emocje, myśli czy idee przekazać najpełniej. Moje obrazy powstają bez modeli, wszystkie postaci i sytuacje wymyślam, rodzą się w mojej głowie, w dziesiątkach szkiców i finalnie pojawiają się na płótnach, tam również dojrzewając do ostatecznego kształtu. Ta gra z przestrzenią, powierzchnią oraz głębokością, to w pewnym sensie „powoływanie do życia” postaci, to budowanie scen, to formułowanie spektaklu, wymyślanie wszystkiego od początku do końca – to jest to, co składa się na radość tworzenia. Do momentu, kiedy tę przyjemność będę odczuwał, nie odejdę od sztalug. Jeżeli malarstwo przestanie sprawiać mi radość, to zacznę rzeźbić albo… grać na klarnecie.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama