Wiwisekcja

„Lewiatan” Andrieja Zwiagincewa uderza przede wszystkim w państwo, którego obywatel staje się pionkiem w grze niejasnych, służących wyłącznie władzy interesów.

Reklama

Oglądając film, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że zawarta w nim ocena postsowieckiej rzeczywistości zbieżna jest z wizją, jaką w swoich świetnych opowiadaniach, z pozoru tylko fantastycznych, wydanych w tomie „Witajcie w Rosji”, zawarł Dmitrij Głuchowski. Pisarz twierdzi, że w Rosji niemożliwa jest żadna pokojowa zmiana w kierunku demokracji i wolności. To, co widzimy w filmie na szczeblu władz prowincjonalnego miasteczka, Głuchowski analizował na poziomie państwa. „Rosyjski rząd można opisać jako feudalno-kryminalną piramidę, w której władza przechodzi od cesarza do książąt, od książąt do hrabiów, dalej do baronów, którzy rządzą chłopami, otrzymując od nich łapówki” – mówił pisarz w rozmowie z „Gościem Niedzielnym”. – „Każdy jest skorumpowany, każdy jest winny i dlatego lojalny. W Rosji nie ma podziału władzy. Jest jedna korporacja rządząca krajem. Sądy, parlament, policja, FSB, Cerkiew, związki zawodowe, mass media i zorganizowana przestępczość są tylko gałęziami tej korporacji”.

Ja tu jestem gospodarzem

Historia opowiedziana w „Lewiatanie” rozgrywa się w leżącym nad morzem małym rosyjskim miasteczku, gdzieś na północy Rosji. Bohater filmu Kola, miejscowa złota rączka, wraz z żoną Lilą i synem Romą mieszka w odziedziczonym po ojcu domu nad malowniczą zatoką. Kola obawia się, że wkrótce straci dom, do którego jest bardzo przywiązany. Miejskie władze postanowiły wykupić dom i działkę Koli pod pretekstem budowy tam centrum kulturalnego. Wszyscy jednak wiedzą, że to tylko pretekst, za którym kryją się jakieś ciemne interesy, bo tak naprawdę miasteczkiem rządzi samowładnie burmistrz Wadim Szelewiat. To on stał za decyzją o przymusowym wykupie domu Koli za marne pieniądze. Kola odwołał się od decyzji miasta do sądu, zażądał też sumy zgodnej z dokonaną przez niezależną agencję wyceną. Sąd odwołanie odrzucił. W tej sytuacji, nie chcąc znaleźć się na bruku, Kola poprosił o pomoc Dmitrija, swojego starego przyjaciela, doświadczonego prawnika z Moskwy. Dmitrij obiecuje, że jeżeli apelacja się nie powiedzie, a co do tego nie ma wątpliwości, załatwi sprawę innym sposobem. Jakim? Ma na Szelewita „haki”. Dzięki znajomemu z Moskwy zebrał bogatą dokumentację przestępstw burmistrza, który ma „ręce unurzane we krwi, ale jest potrzebny komuś na górze”.

Przyjazd Dmitrija i jego działania wywołują lawinę niespodziewanych wydarzeń, które zdecydują o losie współczesnego Hioba, jakim jest Kola, bo tak można postrzegać postać głównego bohatera filmu. Jest Hiobem, który stracił wszystko. W sferze osobistej, rodzinnej i społecznej. Również wiarę. Film Zwiagincewa jest głęboko pesymistyczny. Uderza przede wszystkim w państwo, którego obywatel staje się pionkiem w grze służących wyłącznie władzy interesów. „Ty nigdy nie miałeś tutaj żadnych praw i nie będziesz miał. Ja tu jestem gospodarzem” – mówi pijany wódką i poczuciem władzy burmistrz do Koli. Być może leżące na brzegu morza szczątki morskiego potwora są właśnie symbolem takiego państwa, chociaż z pewnością można to również interpretować inaczej. W słusznej obronie własnych praw obywatel nie ma żadnych szans. Może tylko jedno. Podporządkować się rozporządzeniom władzy i czekać na ochłapy, jakie spadną z pańskiej miski. Kola nie znajduje wsparcia z żadnej strony, również tej duchowej. „Obaj gramy w jednej drużynie” – stwierdza władyka w rozmowie z burmistrzem. Zdemoralizowana władza, która nie cofnie się nawet przed zbrodnią w obronie własnych prerogatyw, skutecznie demoralizuje społeczeństwo. Nawet jej ofiara, czyli Kola, nie jest postacią jednoznaczną.

Broni swoich praw, ale sam przecież nie rozstaje się z butelką wódki. Właściwe żaden z bohaterów filmu nie ma w sobie jakiegoś moralnego drogowskazu, nie mówiąc już o Dekalogu. Warunki, w jakich żyją, a właściwie wegetują, sprawiają, że nawet relacje z najbliższymi sobie osobami zostają zaburzone. Tworzą zatomizowaną społeczność niezdolną do stawienia oporu Lewiatanowi, jakim jawi się im władza, czyli państwo. Tę bezsilność najlepiej pokazuje znakomita scena w czasie wspólnego grillowania, kiedy podpici uczestnicy imprezy strzelają do portretów byłych przywódców Rosji, poczynając od Lenina. „Dlaczego wśród tych portretów nie ma obecnych?” – pyta jeden z uczestników pikniku. „Jeszcze nie dojrzeli” – słyszy w odpowiedzi.

Przywracamy duszę narodowi

Zwiagincewa uważano kiedyś za kontynuatora twórczości Andrzeja Tarkowskiego. Sam reżyser bronił się przed tego rodzaju porównaniami. „Lewiatan” nie pozostawia wątpliwości, że tym filmem poszedł jeszcze bardziej w kierunku realizmu, chociaż nie brakuje w nim biblijnych odniesień. Świadczy o tym m.in. sam tytuł, wpleciona w narrację opowieść popa o historii Hioba czy długa scena pod koniec filmu, kiedy prawosławny hierarcha wygłasza kazanie na temat roli i znaczenia Cerkwi w państwie rosyjskim. Kazanie rzeczywiście piękne, bo władyka posiada talent krasomówczy. Problem w tym, że zostało osadzone w doskonale znanym widzowi kontekście.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama