Pożegnanie z kinem

Tadeusza Konwickiego poznałem przy okazji specjalnego pokazu „Lawy”. Tym filmem pożegnał się z kinem.


Reklama

Robił filmy całkowicie autorskie. Nawet wówczas, kiedy adaptował cudzą prozę. Filmy idące pod prąd przyzwyczajeniom widza. „Lawa. Opowieść o »Dziadach« Adama Mickiewicza”, która miała premierę w 1989 r., była ostatnim z nich. Tym filmem Konwicki pożegnał się z kinem. Wydarzenia, jakie rozgrywały się w naszym kraju w 1989 r., sprawiły, że nawet wybitne wydarzenia artystyczne, a takim niewątpliwie była premiera „Lawy”, zeszły na dalszy plan.

Wielu twórców rzuciło się w wir działalności politycznej, co wówczas już nie wymagało wielkiej odwagi. Konwicki natomiast od dawna był outsiderem, od czasu, kiedy zakończył swój flirt z socrealizmem, którego był jednym z głównych przedstawicieli. „W ’68 roku elita nasza była gotowa oddać życie za każde przedstawienie »Dziadów«, a 22 lata później już na »Lawę« mało kto przyszedł” – mówił z goryczą Konwicki w jednym z wywiadów. A przecież powstała u schyłku komunizmu „Lawa”, pierwsza adaptacja filmowa „Dziadów” Mickiewicza, jest jednym z najbardziej oryginalnych i ważnych polskich filmów. Konwicki przełożył na ekran tekst Mickiewicza, a jednocześnie go uaktualnił. Wmontował w film obrazy związane z historią Polski dotyczące walk o wyzwolenie z czasów II wojny światowej i PRL-u, w tym ogromnej rzeszy Polaków w czasie spotkania z Janem Pawłem II. W roli Konrada-Gustawa wystąpiło dwóch aktorów. Uwięzionego konspiratora zagrał Artur Żmijewski, natomiast dojrzałego już poetę Gustaw Holoubek. Genialny monolog Holoubka w Wielkiej Improwizacji z pewnością przejdzie do historii polskiego kina. 
 Olgierd Łukaszewicz nazwał Konwickiego jednym z „najgenialniejszych diagnostów niepokojów, lęków, sprzeniewierzeń epoki PRL”. – Potrafił też być bardzo zwykły w rozmowie i nie krępował swoją erudycją i swoim autorytetem. Bardzo kochany, ciepły, skromny – dodał aktor. 
Przekonałem się o tym osobiście, kiedy w październiku 1989 roku zaprosiłem Konwickiego do Katowic, gdzie Śląskie Towarzystwo Filmowe zorganizowało sesję filmową poświęconą jego twórczości. Po serii mądrych referatów, na zakończenie sesji, po pokazie „Lawy” miało się odbyć spotkanie z reżyserem. Konwicki przyjechał pociągiem gdzieś po południu, a ponieważ dzień był raczej deszczowy i dosyć ponury, poszliśmy do hotelu. Nie czuł się najlepiej, był zmęczony i chciał odpocząć przed spotkaniem z widzami. Na rozmowie spędziliśmy kilka godzin. Jak się okazało, Konwicki w Katowicach po raz pierwszy gościł krótko w 1945 roku. Był to pobyt niejako wymuszony, bo po rozwiązaniu swojego oddziału AK, który m.in. walczył w lasach pod Wilnem, udało mu się przedostać przez nową granicę do Polski. Z Katowic zapamiętał palące się i plądrowane przez żołnierzy radzieckich kamienice przy rynku w styczniu 1945 roku. Wspomniał też, że udało mu się wyrwać z rąk żołnierza napastowaną kobietę. Przez kilka miesięcy mieszkał i pracował w Gliwicach. Późnym wieczorem, po spotkaniu, zaprosiłem go do domu na kolację. Grono uczestników kolacji szybko się powiększyło, a reżyser okazał się niezrównanym gawędziarzem i jednocześnie dobrym słuchaczem. Skorzystałem z okazji i podpisał mi wszystkie swoje książki, jakie miałem w domowej bibliotece. Mam je do dzisiaj. 


«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama