Heretyk z familoka

Dziś premiera wydanej nakładem Znaku biografii Janoscha – postaci barwnej, tragicznej, kontrowersyjnej.

Reklama

Na świecie znany jest przede wszystkim jako autor i ilustrator niezwykle popularnych książeczek dla dzieci. U nas, raczej jako twórca „Cholonka, czyli dobrego Pana Boga z gliny” – jednej z najważniejszych książek, jakie kiedykolwiek napisano o Górnym Śląsku.

W biografii Janoscha (pióra Angeli Bajorek) tematyka śląska zajmuje rzecz jasna sporo miejsca. Dużo można się tu np. dowiedzieć o tej części regionu, która po I wojnie światowej leżała po niemieckiej stronie granicy.

Zabrze (czyli ówczesny Hindenburg), było niezwykle dynamicznie rozwijającym się miastem. „Dla robotników i ich rodzin, tłumnie ściągających do rozrastającego się w oszałamiającym tempie Zabrza, budowano” nie tyle domy, co nowoczesne „maszyny do mieszkania”. Gliwice, Bytom i Zabrze planowano połączyć ze sobą w futurystyczne Tripolis, zaś swoistym znakiem tamtych czasów był modny hotel Admiralpalast.

„Zwieńczony efektowną kopułą ‘zabrzański drapacz chmur’ był symbolem nowoczesnego przemysłowego miasta i ulubionym miejscem rozrywki mieszkańców, którzy wybierali się tu na piwo do Piwiarni Bawarskiej, by rozerwać się, oglądając kabaret, albo potańczyć przy dźwiękach swingu i jazzu w ogrodzie amerykańskim na dachu” – czytamy w książce.

Podobnie będzie później w Monachium, czy w Paryżu, gdzie „tata” Misia i Tygryska wyląduje. To zaskakujące, bo dotąd, gdy pisano o Janoschu, koncentrowano się raczej na jego trudnym, bardzo bolesnym dzieciństwie. Koszmarze życia w familokach, w których patologie wszelkiego sortu mieszały się z fascynacją nazizmem. To wszystko oczywiście także tutaj jest, ale powojenne losy Janoscha zdumiewają jeszcze bardziej. Rzucają nowe światło na tego artystę. Pozwalają zobaczyć go z innej, nieznanej, ciekawej strony.

W stolicy Francji mógłby uchodzić za egzystencjalistę. „Zaglądał do kawiarni na Boulevard Saint-Germain, przesiadywał nad Sekwaną lub chodził po pchlich targach. Nocami wędrował po paryskich piwnicach, w których pulsował jazz. Czasem malował miejskie scenki, przesiadując wśród innych malarzy na Montmartrze”. W stolicy Bawarii znalazł się natomiast w grupie artystów, próbujących zmienić dotychczasową niemiecką mentalność.

„Pruską dyscyplinę i surowe autorytety zastąpiła zabawa, fantazja i spontaniczność” – dowodzi Angela Bajorek i podaje przykład baśni braci Grimm. Janosch 54 z nich w bezkompromisowy, wariacki niemalże sposób przeniósł w czasy współczesne, czym naraził się akademikom, ale też zwrócił na siebie uwagę bardziej postępowych intelektualistów i wydawców, którzy doszli do wniosku, że przecież w pierwotnej wersji, zebrane przez Grimmów baśnie były dokładnie takie. „Dzikie i bezkompromisowe”. Dopiero potem ugładzono je, ucywilizowano, często zamieniając w kicz.

To samo po latach przytrafiło się zresztą też Janoschowi. Stworzeni przez niego bohaterowie zaczęli trafiać na setki tandetnych produktów i gadżetów. Twórca protestował, ale na niewiele się to zdało. I tak oto doszło do paradoksu: postacie, które w jego bajkach wiodły prosty, skromny, włóczęgowski (antykonsumpcyjny!) żywot, stały się dla firm posiadających prawa do ich wizerunków, maszynką do zarabiania pieniędzy.

Zawiedziony takim stanem rzeczy Janosch uciekł na Ibizę, gdzie tworzy do dziś, pozostając genialnym Ślązakiem - jak go nazywa Kazimierz Kutz - oraz heretykiem - jak sam siebie lubi określać. Kimś kto nie boi się prowokacyjnie (a może po prostu szczerze?) wyznać: „czuję się Ślązakiem, to moja religia”.

***

Tekst z cyklu Mała Biblioteczka Śląska

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama