Podziękuję Mu przy herbacie

O miłosiernym Bogu, który długo i cierpliwie czekał na muzyka, z Robertem Chojnackim rozmawia Agata Puścikowska

Reklama

Agata Puścikowska: Jak to się stało, że technik mechanik stał się znanym polskim muzykiem?

Robert Chojnacki: Doskonały, stopniowy plan Pana Boga. Ukończyłem technikum mechaniczne. Wtedy wrzucało się młodych ludzi do szkół oferujących „dobry” zawód. Czyli wszystkich kształciło się, cytując słowa piosenki, na mechaników czy techników, szewców, tkaczy i spawaczy. Kompletnie mi to nie odpowiadało. To były koszmarne czasy: peerelowska szarzyzna, brak perspektyw i siermięga. Nie chciałem takiego życia. Z tego buntu udało mi się zdać, równolegle z bardzo dobrym wynikiem, do średniej szkoły muzycznej. Mimo że pochodzę z muzycznej rodziny, wcześniej nie uczyłem się muzyki. Muzyka jednak była we mnie, żyłem nią. I to były rzeczywiście dwa szkolne światy: w technikum podczas tzw. apelu odtwarzano charczący i skrzeczący hymn Polski z zacinającej się płyty. W szkole muzycznej ten sam hymn, wykonywany przez chór z orkiestrą, brzmiał przepięknie. Nie odpowiadał mi jedynie w szkole muzycznej duży nacisk na muzykę klasyczną. Mnie od początku ciągnęło do rocka, do muzyki współczesnej. Nosiłem długie włosy.

Ponoć w tamtych czasach za długie pióra można było nieźle oberwać.

I to nieraz. (śmiech) Można było również wylecieć ze szkoły. Zacząłem kombinować, jak wyjechać do Wiednia. Ale z biletem w jedną stronę. Miałem nawet na oku wycieczkę – ucieczkę do Austrii. Ale WKU Mokotów była szybsza. Stanąłem więc przed komisją wojskową. Zapytali, czym się zajmuję. Odpowiedziałem, że będę muzykiem: uczę się gry na klarnecie i flecie poprzecznym. „To będziecie grać teraz na czołgu”! (śmiech) Łaskawie pozwolili mi jedynie dokończyć kolejny rok nauki, a jesienią 1981 r. byłem już w kamaszach. Historie, które tam się działy, nadają się na film z serii o dzielnym wojaku Szwejku. Dość powiedzieć, że gdy w Polsce wybuchł stan wojenny, ja w jednostce organizowałem... orkiestrę dętą. I na polecenie przełożonych wyjeżdżałem kilkakrotnie do Warszawy, wracając z trąbami i puzonami. Byłem chyba jedynym żołnierzem w kraju, który w tym czasie dostał przepustkę. (śmiech) Teoretycznie byłem w woju „kierowcą ciągnika samochodowego wojskowej radiostacji technicznej”, a w praktyce organizowałem zespół, w którym... nie zdążyłem zagrać. Po czterech miesiącach przeniesiono mnie do Warszawy. W stolicy grałem w zespole estradowym Radar, do którego przed wcieleniem do armii zdałem egzamin. I jeszcze ciekawostka: gdy pierwszego dnia w armii mierzyłem mundur, w kieszonce, tuż koło serca, znalazłem przypinkę z festiwalu piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu.

Ukłuła?

Owszem. Potraktowałem to jako znak od Boga: a może ty, bracie, będziesz miał muzyczną służbę? W Radarze grałem aż do przejścia do cywila. Pierwszy kontakt ze sceną, pierwsze pieniądze, i to niemałe. W trakcie służby, dzięki wspaniałej dyrektorce, udało mi się ukończyć szkołę muzyczną. Po wojsku żyłem już z muzyki. Potem wyjechałem do Wielkiej Brytanii. Pracowałem, uczyłem się języka, a wieczorami grałem w pubach. Następnie, już w kraju, grałem w Teatrze Syrena. Wreszcie przyszedł czas DeMono, czyli czas wielkiej sławy, seksu i pieniędzy...

...picia oraz innych używek?

Nie. Nie piłem, używki nie w moim stylu. Wystarczały mi dziewczyny. A że byłem towarzyski, miałem dość napięty grafik. Oczywiście była też normalna praca, koncerty, nagrania. W końcu poznałem dziewczynę, zaszła w ciążę. Wziąłem odpowiedzialność – ożeniłem się. Urodziła się moja pierwsza córka. Maria – sam jej tak dałem na imię, chociaż wierzę głęboko, że to Góra wybrała jej patronkę, Matkę Bożą. Obecnie Marysia jest już mądrą i piękną panią Marią. Jestem z niej dumny, mam z nią świetny kontakt, mimo że nie byłem najlepszym ojcem. Jej dzieciństwo to ciągła balanga. Koniec końców znów kogoś poznałem. Pycha kroczy przed upadkiem. Zdradziłem swoją żonę. Zażądała rozwodu. Straciłem ją. To był jeden z trudnych przełomów mojego życia.

Gdzie wtedy był Bóg?

Gdzieś był. Obok. Myślę, że miał do mnie wielką, nieprawdopodobną cierpliwość. Czekał, w pewien sposób mnie kształtował, ale też nie działał ostro, agresywnie. Jego miłosierdzie w stosunku do mnie było i jest wielkie. Dziękuję Mu za to codziennie, a kiedyś podziękuję tam, po drugiej stronie, przy herbacie. Również i za to, że parokrotnie uratował mi życie.

Uratował życie?

Moją pasją było latanie. Miałem licencję pilota. Trzy razy musiałem lądować awaryjnie. Co się wtedy myśli? Działa się instynktownie. Odruchy bezwarunkowe i westchnienie do Boga. Trzy razy dawał mi szansę! Skoro mnie uratował, cierpliwie pozwalając pozostać na ziemi, to dało do myślenia.

Za pierwszym i drugim razem nie dał z Tobą rady...

No nie. Dlatego mówię, że jest cierpliwy. Zresztą po rozwodzie rozpoczęło się moje katharsis. Musiałem przewartościować swoje życie. Zostawiłem kobietę z maleńkim dzieckiem. Sumienie nie dawało spokoju. Rozwaliłem coś najbardziej wartościowego w życiu mężczyzny i ponosiłem tego konsekwencje. Zostałem sam, mimo całego kolorowego towarzystwa obok. Powoli zaczynałem jednak dojrzewać. To był proces, który wymagał czasu, przemyśleń, czasem łez. Powoli musiałem odbudować swoje życie, czy wręcz zbudować je na nowo. Pan Bóg znalazł do mnie drogę, ale najpierw odarł ze wszystkiego, co było dla mnie ważne. Straciłem rodzinę, a jednocześnie zaczęły się problemy z zespołem. Odszedłem z DeMono. Mimo że solowa płyta „Saxophonic”, którą wydałem samodzielnie, była świetna, rozgłośnie radiowe jej nie grały. Czego się nie dotknąłem, to klapa. Zacząłem się łapać Pana Boga. Częsta Msza św. Modliłem się, ale i modlitwa nie przynosiła ukojenia. Byłem jednak nieustępliwy. Próbowałem uspokoić to moje życie, wyprostować je. Postanowiłem na przykład udać się do sądu metropolitalnego. Przeszedłem proces kanoniczny, który potwierdził moje przypuszczenia: z pewnych przyczyn moje małżeństwo zawarte było w sposób nieważny. Po dwóch latach otrzymałem stwierdzenie nieważności.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Ania
    16.05.2015 23:47
    Piękne świadectwo muzyka, którego nigdy nie podejrzewałabym o taką religijną postawę. Niełatwo chyba było Panu otworzyć się tak całkowicie w tym wywiadzie, powiedzieć o trudnych sprawach swojego życia, narazić na kpiny środowiska artystów i ludzi "wyższych sfer" medialnych. Ale okazuje się, ze coraz więcej osób przyznaje się publicznie do swojej wiary i to jest niesamowite! Dajecie odwagę innym, pokazujecie, że mozna nawet w tak świeckim środowisku zyć "po Bożemu". Bardzo dziekuję za to świadectwo.
  • gut
    20.05.2015 19:58
    Bardzo fajny tekst! Czytałem go w niedzielę. ; )
  • ZENEK
    05.06.2015 12:15
    Ja nie zostawiłem nikogo z dzieckiem, nie zdradziłem kobiety, nie stawiałem życia na krawędzi i prowadziłem się przyzwoicie, jestem melancholikiem, nie chodzę do kościoła. Który z nas będzie pójdzie ładnie do nieba?...
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama