Kwitną nam wiśnie

Jaka szkoda, że dni nasze, dni wiosenne, przepłynęły bezszelestnie jak ta woda – śpiewa Leszek Długosz. Wbrew temu w piosenkach i wierszach zatrzymuje tę wodę, żeby wiecznie odbijała nasze twarze.

Reklama

Od lat niezmiennie mocnym i czystym głosem, czule, jak żaden inny śpiewający poezję mężczyzna, głosi pochwałę życia przed „próbą generalną”, jaką jest śmierć. Przed nim w Krakowie był jeszcze jeden słynny Długosz – Jan, kronikarz dziejów Polski. Leszek dziś też prowadzi poetycką kronikę tego, co w życiu najważniejsze. – Sztuka jest po to, żeby artysta dawał świadectwo swojego istnienia – mówi. – To próba pogodzenia się z tym, co niemożliwe, czyli z odchodzeniem. Nawet kiedy śpiewa o wiośnie, czuć w niej jesień. Ale to nie prowokuje do rozpaczy, tylko do spokojnej zadumy. To jego fenomen, że w prochu, w który wszystko się obraca, widzi drobinki złota. – A Pan Bóg? – zamyśla się.

– Mam ślepą wiarę, że jestem tu po coś. „Wyjechałem i mnie nie ma. I na Rynku i na Brackiej” – śpiewa. Ale póki co idziemy Bracką do jego starego krakowskiego mieszkania. Z tyłu domu podwórko z kolumnami, jak na Forum Romanum. Robimy sobie zdjęcie, a pan Leszek żartuje, że na chwilę przenieśliśmy się do Włoch. To jakby kawałek Rzymu, będącego cmentarzem tych, co go wznosili. On sam, mając 7 lat, uczył się literatury i języka francuskiego na cmentarzu w rodzinnym Zaklikowie na Lubelszczyźnie.

Brał tam lekcje od Anny Nagórskiej, poetki, która według niego powinna zostać świętą: – To było połączenie wysokiego francuskiego salonu z cmentarzem, rozkładem, obserwowaniem starości. Sam pan Leszek się nie zestarzał. Prawie bez zmęczenia wchodzi na swoje drugie piętro i wprowadza nas do królestwa, jakim jest jego pełen pamiątek po przyjaciołach, książek i płyt dom. – Co by Pan stąd chciał zabrać na drugą stronę? – pytam sprowokowana nastrojem naszego spotkania. – Tu są rzeczy, które podrzuciło mi życie. Pewnie nie umiałbym wybrać. Może tylko z czułością machnąłbym ręką – mówi.

Walizka z „Piwnicy”

– Śpiewa Pan: „Oni naprawdę tak umieją odejść nagle, tak nie wrócić”. A o rodzicach, nawet jeśli odeszli, trudno mówić w czasie przeszłym – zagaduję. – Moi rodzice to Dominika i Mieczysław – mówi. – Czuję, jak z wiekiem się do nich przybliżam. Wyjechałem z domu, kiedy miałem 18 lat. – Co by im Pan dzisiaj powiedział? – Na pewno nie „dziękuję”, bo to jasne. Objąłbym ich i przytulił, a potem poprowadziłbym po „krakowskim podwórku”. Ale oni przyzwyczajeni do małego Zaklikowa najlepiej czuli się u siebie.

Pochodzę z przeciętnej, normalnej, prowincjonalnej rodziny. Tak naprawdę jestem tworem niewiarygodnej edukacji pani Anny Nagórskiej. Ta maleńka wzrostem, a wielka duchem kobieta wyłowiła mnie z tłumu innych dzieci i dawała lekcje. Była jedną z pierwszych Polek kształcących się na Sorbonie. Miała kontakty z luminarzami – profesorami Tatarkiewiczem i Kotarbińskim, kard. Wyszyńskim. W młodości majętna, światowa panna, pod koniec życia została ascetką, „przeźroczysta” wyzbyła się wielu potrzeb.

Oddała majątek potrzebującym i chodziła w jednej sukience. Była najpiękniej wierząca – codziennie rano, czy była zawierucha, czy też nie, boso chodziła na Mszę św. Umarł jej ojciec, brat się utopił, potem zmarła matka, a ona zaczęła codziennie chodzić na cmentarz. Wytyczała aleje, kwatery, sadziła słoneczniki. Ludzie brali ją za dziwaczkę i przeganiali, a ona dbała o życie umarłych i kształcenie żywych. Uczyłem się grać na fortepianie, który jej ojciec kupił w Paryżu. Jako świadek tego niezwykłego życia chciałbym napisać o niej książkę. Pokazuje mi zbiorek wierszy Nagórskiej z fotografią ładnej kobiety na okładce. Na stole leży też jego wysprzedana do ostatniego egzemplarza opowieść o Piwnicy pod Baranami.

Był jej gwiazdą i – jak go nazywał Piotr Skrzynecki – pieśniarzem, od 1964r. – Wyjątkowo szczerze przyjaźniłem się z Piotrem Skrzyneckim, ale to było zakamuflowane przed światem. Miał dystans, lekkość, a jednocześnie chował się ze swoim bólem i powagą. Mieliśmy bliskie relacje na początku i pod koniec jego życia. Byłem ostatni, który go odwiedzał na jego życzenie. Dziwiłem się, jak człowiek tak świadomy i przenikliwy nie brał pod uwagę, że może naprawdę umrzeć. Żona pana Leszka – Barbara była przez 10 lat kierownikiem organizacyjnym Piwnicy. W pokoju, gdzie rozmawiamy, leży jakby spakowana do przeprowadzki walizka z papierzyskami stamtąd.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Więcej nowości

    Reklama