Pisanie jest czynnością prywatną

Adamowi Zagajewskiemu jak żadnemu innemu współczesnemu polskiemu poecie udaje się „opiewać okaleczony świat”.

Reklama

Aż dziw, że ze swoją potrzebą chwalenia świata, każdej śmiertelnej chwili „pełnej niezrozumiałej, szalonej radości” („Chwila”) przez tak wiele lat bywa wymieniany wśród kandydatów do literackiego Nobla. Jak się okazuje, tworzący rankingi, w których ostatnimi laty punktuje się destrukcję i chaos, nie mogą pominąć jego słyszalnego głosu poszukującego ładu i sensu. „Spróbuj opiewać okaleczony świat” to wiersz Zagajewskiego, który jako jedyny w numerze został wydrukowany w tygodniku  „The New Yorker” po zamachu 11 września 2001 r. Stał się wtedy tak popularny wśród nowojorczyków, że rozsyłali go mejlami, nalepiali na samochody. Działo się to wbrew temu, co twierdzi sam jego autor, że poezja nie jest częścią ekonomii światowej i trudno się sprzedaje. Może i się nie sprzedaje, ale przydaje się w takich jak tamten momentach. – Myślę, że redaktorzy uznali, że to wiersz, który wytrzyma napięcie żałoby – powiedział mi wtedy. – Jest w nim paradoksalne połączenie impulsu opiewania świata z żałobą z powodu faktu, że ten świat został jednak zraniony.

Dla mnie on jest zawsze trochę okaleczony, i przez komunizm, i, wcześniej, przez wojnę, i różne nasze niedostatki historyczne i życiowe – mówił. Może w odpowiedzi na to okaleczenie Zagajewski lubi przypominać, że „Poezja wzywa do życia, do odwagi/ W obliczu cienia. Który się powiększa” („Hou- ston. Szósta po południu”). Choć, z drugiej strony ma bolesną świadomość, jak pisze w „Rozkwitającym poemacie”: że „Niestety, nie jesteśmy/ dosyć uważni, nasze usta są/ wąskie i cedzą obrazy, tak/ jak skąpiec u Moliera”.

Urodzony na Atlantydzie

Urodził się w 1945 r. we Lwowie, gdzie przeżył jedynie 4 miesiące. Na fali repatriacji jego rodzice przenieśli się do Gliwic i tam spędził dzieciństwo. Studiował w Krakowie i tu wrócił w 2002 r. Wcześniej, od 1981 r., mieszkał z żoną Mają w Paryżu. Od 1988 r. jeździ na jeden semestr do Stanów Zjednoczonych prowadzić na uniwersytetach zajęcia „creative wraiting”. Najpierw otrzymał zaproszenie od Uniwersytetu w Houston, teraz wykłada w Chicago. Nie raz nazywał się bezdomnym: – Bo nie mogę powiedzieć o Śląsku ani Lwowie, że są naprawdę moje. Szaleńczo lubię Kraków, ale nie należę do niego aż do szpiku kości. Napisałem więcej wierszy o Gliwicach niż o Lwowie. O Lwowie cztery, a o Gliwicach – kilkanaście – opowiada. Wbrew tym deklaracjom, że żadnego miasta nie kocha na amen, wielokrotnie wracał w poezji do rodzinnego Lwowa, dedykując mu tom „Jechać do Lwowa”.

– Miałem już 37 lat, ale w pewnym sensie byłem wtedy u początku, zaczynałem pisać w inny sposób – charakteryzował w rozmowie dla GN te wiersze. Wydaje się, że to właśnie on musiał przyjść na świat w tym mieście, żeby pozwolić mu przetrwać. Sam nazywa je odległą, zaginioną Atlantydą: – Są takie miasta jak Lwów, Wilno, Wrocław i Gdańsk, gdzie mieszkały pokolenia Polaków czy Niemców. Byli tam zasiedziali, znali każdy zaułek, ale nagle przyszedł kataklizm i część z nich zginęła, a część musiała wyjechać. Na ich miejsce przyszły nowe pokolenia. To działa na moją wyobraźnię jak waleriana na kota – mówi. Przyznaje, że kiedy kilka razy odwiedził miejsce swojego urodzenia, były to podróże metafizyczne: – Lwów istnieje poza nurtem mojego życia zawodowego i prywatnego. To jest tak, jakbym leciał na Marsa. Ale są tam moi przodkowie, ich całe pokolenia, i oni tam na mnie czekają. To jest moment eschatologiczny.

Szafa jak łąka

Debiutował w 1972 r. jako jeden z twórców pokolenia Nowej Fali. Razem z Julianem Kornhauserem stworzył zbiór esejów „Świat nieprzedstawiony”, który został uznany za manifest pokolenia. Przez kolejne lata w ukazujących się regularnie tomikach dostarczał czytelnikom powodów do namysłu nad światem i do zachwytu nad pięknem polskiego słowa. Swoje próby zgłębienia sensu życia i twórczości nazywał, jak w wierszu o wymownym tytule – „mistyką dla początkujących” „Od razu zrozumiałem, że (…) witraże w kościołach jak skrzydła motyli/ pomazane pyłkiem kwiatów/ mały słowik, który ćwiczył recytację/ tuż przy autostradzie/ i podróże, wszystkie podróże/ to była tylko mistyka dla początkujących/ wstępny kurs, prolegomena/ do egzaminu, który odłożony został/ na później”. Momentem uwznioślającym nasze życie jest dla autora „Płótna” obecność w nim piękna.

W wierszu o swoich ciotkach („Moje ciotki”) opisuje je poprzez lawendę, będącą dowodem na istnienie piękna w ich, wydawać by się mogło, przyziemnej rzeczywistości. Wkładały ją do szaf, żeby ubrania ładnie pachniały: „nie zapominały o woreczku z lawendą/ który zamieniał szafę z bielizną w łąkę”. – Świat piękna nigdy nie potrafi podbić całości naszego życia, bo żyjemy na ogół w modusie praktycznym – powiedział mi kiedyś poeta. – Piękno zostaje wprowadzone do niego niepostrzeżenie. Niekoniecznie trzeba być Picassem czy Strawińskim, geniuszem czystej formy; wystarczy być rzemieślnikiem, który wytwarza piękne przedmioty. Moje ciotki pięknie prowadziły dom, dbały o świętowanie. Świat staje się okaleczony, kiedy zapominamy o świętach – zaznacza. Ciotki, przedstawione jako boginie domowego ogniska, po prostu, jak mówił Hölderlin, poetycko mieszkały na tej ziemi.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • szok
    04.08.2015 17:29
    Cenię jego poezję A. Zagajewskiego - sporo jej czytam, ale zszokował mnie fakt, iż Zagajewski był w PZPR, a nawet wykładał marksizm-leninizm w szkole partyjnej. Szok!
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama