#slask

Czyli rzecz o smartfoniorzach i korfanciorzach.

Reklama

Na regionalnym rynku wydawniczym coraz więcej śląskich, a nawet śląskojęzycznych publikacji. Zapowiadane są kolejne i kolejne. Świetna sprawa. Gołym okiem widać, że nadrabiamy zaległości w dziedzinie edukacji regionalnej, a śląskość nie jest już czymś wstydliwym, krępującym. Nareszcie można się nią asić, być z niej dumnym.

Ostatnio mam wręcz wrażenie, że doświadczamy jakiejś wydawniczej klęski urodzaju. Kto jest w stanie przeczytać wszystkie te śląskie książki i czasopisma od deski do deski? Zapamiętać daty, postacie, zdarzenia, o których przez dekady z różnych względów się nie wspominało, a dziś, kiedy nareszcie można, okazuje się że jest tego wszystkiego tyle, że „nie przerobisz”. 

Sterta roztomajtych silesiaków rośnie na moim biurku i rośnie, coraz bardziej przypominając glinianą górę z pewnej baśni autorstwa Marty Tomaszewskiej. Jak to ugryźć? Jak nie przeholować? W jaki sposób nadal się rozwijać, samoedukować regionalnie, a przy tym nie obrzydzić sobie wiadomej tematyki? Cóż, żyjemy ponoć w cywilizacji obrazkowej, więc może to właśnie "obrazki" pomogą w uporaniu się z moim dylematem? 

Masowo czaskane i wciepowane do internetu „smartfonowe” zdjęcia z regionu, to już zjawisko. Wielu psioczy na tę facebookowo-instagramową nowomodę fotografowania wszystkiego i wszystkich, ale gdy przyjrzeć się dokonaniom niezliczonych fotografów-amatorów, którzy prezentują swoją twórczość on-line, dostrzec można, że Śląsk na ich fotografiach jest bardzo często inny od tego stereotypowego, czy prezentowanego w mediach.   

Pewnie, że czasem ktoś strzeli sobie fotkę pod Spodkiem, jakimś kopalnianym szybem, czy na tle utopca z bieruńskiego rynku, ale mam wrażenie, że więcej jest tam Śląska "nowego". Zamiast tego ikonicznego (familoki, krupniokowo-piwne festyny, kobiety w strojach śląskich), widzimy często parki, zadbane miejskie skwery, modne knajpy. W skrócie: więcej tu mody i przyrody. Jest bardziej luzacko, prywatnie, kolorowo. 

Dawno, dawno temu Skamandryci apelowali o to, by sztuka była bliżej codzienności. Lechoń marzył, by wiosną mógł wreszcie wiosnę, a nie tylko Polskę zobaczyć. Dziś coś podobnego wyprawiają śląscy smartfoniorze. Kierują naszą uwagę w inną stronę. Uświadamiają nam, że przecież Śląsk nie kończy się na Korfantym na cokole i kilku zabytkowych gmaszyskach wokół niego. Że prócz tego, co „książkowe”, historyczne (o co tak często i łatwo potrafimy się kłócić), jest także (przede wszystkim!) normalne, codzienne, współczesne śląskie życie.

Dobrze, że tak wielu ludzi jest e-kronikarzami właśnie tego Śląska. To dzięki nim możemy zobaczyć inną, mniej znaną twarz regionu. I - choć na chwilę - oderwać się od książek, nadal pozostając jednak w śląskich klimatach :)

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

  • MarcinB-om
    31.07.2015 18:54
    Pozwolę sobie dzisiaj na komentarz w moim rodzinnym języku/gwarze.

    Mocie na prawdy racjo iże zrobióła nom sie moda na gwara ślónsko. Jo niy ma fest zwiykówany, bo przecas ftoś na 28 lot stary niy ma starosek pra?, ale je zech rod widzieć na przikłod reklamy,banery w moim przónym Bytómiu pisane w gwarze. Ciynżko bydzie mioł to spokopić ftoś, fto bez piyrsze 16 lot życio uważoł jynzyk polski blank ta samo cudzy jak niymiecki. Tak bóło u mie, a cymu?, niy skiż tego co jo niy ma Polok, bo jo sie Polokiym cuja, ino że staroski a łojcowie, a nawet na placu wszyjscy durś godali. Słowo "gdzie", bóło mi cudze jak niymieckie "wo". Jo bół tak gwaróm przesiónkniynte iże nawet jak mie mama brali do doktora w wieku siedmiu lot, to jo i tak do doktórki godoł.
    Jo sie cuja u sia, kej widza gwara w cyntrum Bytomia, słysza ja u sia na dzielnicy, widza na reklamach w markecie. Ciyngiym niych tak bydzie, a możno gwara niy bydzie umarto.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Więcej nowości

    Reklama