Wspiera mnie Joanna d’Arc

O potrzebie godzenia się, wytrwałości i czytaniu Starego Testamentu z Joanną Wnuk-Nazarową rozmawia Barbara Gruszka-Zych.

Reklama

Barbara Gruszka-Zych: W Pani gabinecie nad biurkiem wisi duży ryngraf jasnogórski z Matką Boską. Podobny widziałam w domu śp. Wojciecha Kilara.

Joanna Wnuk-Nazarowa: Wojciech Kilar był wiceprzewodniczącym Rady Programowej NOSPR, wielokrotnie był na budowie naszego budynku, a nawet zdążył przed śmiercią posłuchać, jak muzycy grają w dużej sali koncertowej, będącej w stanie surowym, bez boazerii i krzeseł. Z Jasną Górą jesteśmy zaprzyjaźnieni właśnie przez Wojtka. Była dla niego najważniejsza i jeździliśmy tam z nim świętować jego każde okrągłe urodziny. Wielokrotnie wykonywaliśmy w jasnogórskim sanktuarium jego kolejne dzieła sakralne. Wiszący nad moim biurkiem ryngraf z Matką Boską z dedykacją dla orkiestry podarował nam w dniu pierwszego koncertu o. Sebastian Matecki, podprzeor oo. paulinów. Przyjechał wcześniej i poświęcił nasz budynek.

Zrobił to bez pompy i parady, za to zaglądając dokładnie w każdy zakątek. Spełnił w ten sposób serdeczną prośbę wielu z nas. My też licznie modliliśmy się na Jasnej Górze o powodzenie naszych przedsięwzięć. A było o co – wpierw musieliśmy zmienić status orkiestry – na narodową, co zasadniczo wpłynęło na finanse naszej instytucji, walczyć o przyznanie przez Unię Europejską grantu na nowy budynek i wreszcie prosić o pomyślność na czas budowy. I wszystko nad podziw dobrze się udało. Myślę, że Wojciech Kilar też po cichu prosił Boga o nasz sukces, a teraz wstawia się za nami w niebie i pewnie się cieszy.

Jest Pani mocną kobietą bez kompleksów, która z powodzeniem kieruje tak dużym zespołem. Skąd wzięła Pani taką siłę?

Tajemnica jest taka – miałam rodziców niedobranych charakterami, kłócących się ze sobą całe życie, którzy jednak byli bardzo praktykującymi katolikami i to ich ocaliło. Po każdej Mszy św. niedzielnej umieli się ze sobą pogodzić i niejako zaczynali wszystko od nowa. Wiedzieli, że nie mogą się rozwieść, bo przysięgali sobie wierność aż do śmierci. Wytrwali, a na starość zajmowali się sobą z pełnym oddaniem, co nie było łatwe, bo raz jedno, raz drugie chorowało. Matka Irena była pesymistką, a ojciec Włodzimierz – niepoprawnym optymistą. Matkę cechowała wielka odwaga granicząca z szaleństwem. Jako młoda dziewczyna mieszkała niedaleko Gdyni w barakach, do których Niemcy wypędzili jej rodzinę. W styczniu 1945 r. przechodziła tamtędy linia frontu. Nie dość, że umiała się obronić przed żołnierzami radzieckimi i nie udało im się jej zgwałcić, to jeszcze potrafiła im odebrać rower, który wcześniej jej zabrali. Ojciec był z natury sympatyczny, uczynny, pomagający potrzebującym, lubiany, ale też miał bardzo duże poczucie obowiązku.

Wierzyli w Panią?

Okazywali mi tę wiarę od maleńkości, dlatego nie miałam kompleksów. Kiedy decydowałam się na dyrygenturę, ani razu nie usłyszałam od nich, że to zawód nie dla mnie, bo jestem kobietą. Nie jestem feministką, dlatego że nigdy nie doznałam jakichkolwiek nieprzyjemności z tego powodu, że jestem kobietą. To też pewnie zawdzięczam rodzicom, którzy nie dzielili prac domowych na męskie i kobiece. Ojciec często robił dla nas wszystkich śniadanie, po prostu dlatego, żeby zmęczona żona mogła trochę dłużej pospać. Obydwoje pisali – ojciec był znanym, jak to się dawniej mówiło – pisarzem katolickim. Matka pisała do szuflady, a po śmierci ojca wydała kilka książek i przyjęli ją do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. To ważne, żeby rodzice wierzyli w swoje dzieci. Kiedy się wierzy, że dziecko czegoś dokona, na pewno wiele mu się uda. Moja matka, choć była pesymistką, wierzyła, że jestem zdolna i coś osiągnę.

Co jest dla Pani w życiu najważniejsze?

Wiara… Ale ani jej, ani praktyk z nią związanych nie przyjmowałam nigdy na zasadzie tradycji. Choć byłam wychowana przez praktykujących katolików, to jako człowiek nieustannie poszukujący własnej drogi nie mogłam przyjąć jej bez zastanowienia, jako oczywistości. Codziennie czytałam i czytam Biblię. Między 18. a 26. rokiem życia miałam okres zaniku wiary i pomimo tego, że mieliśmy w domu olbrzymią bibliotekę z książkami z chrześcijańskich teologów, to w jej odzyskaniu pomogła mi regularna lektura Pisma Świętego, strona po stronie. Zanim zdążyłam dojść do Nowego Testamentu, czytając Stary Testament, stałam się na powrót osobą głęboko wierzącą.

Stary Testament uważa się za trudniejszą część Biblii.

Nie sądzę, dla mnie jest wspaniały. Wracam do mojej ukochanej Księgi Tobiasza, mówiącej o opiece Boskiej. Pojawia się tam postać św. archanioła Rafała. To jeden z „siedmiu aniołów, którzy stoją w pogotowiu i wchodzą przed majestat Pański”. To właśnie do niego zwracam się w trudnych chwilach. Druga święta postać, która, czuję to, wspiera mnie przez całe życie, to nieprzypadkowo wybrana mi przez mamę nietuzinkowa patronka – Joanna d’Arc. Dziewczyna bojowa, niewahająca się, odważna. •

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama