Ten wątek zaczerpnąłem z życia

O pracy nad filmem „Chemia” opowiada jego reżyser Bartosz Prokopowicz w rozmowie z Edwardem Kabieszem.

Reklama

Edward KaBiesz: Wydaje mi się, że na tegorocznym festiwalu w Gdyni temat śmierci i umierania był wiodący. Skąd taka nagła fala filmów o tej tematyce w polskim kinie?

Bartosz Prokopowicz: Ja nie wpisuję się w ogólną tendencję. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Z zamiarem nakręcenia mojego filmu nosiłem się już przynajmniej dwie dekady, ale brakowało mi tematu, inspiracji i takiej ludzkiej dojrzałości. Próbowałem różnych tematów i historii, ale w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że mam coś pod ręką. Taki pakiet doświadczeń, który mógłbym wykorzystać, by zrobić film o czymś, a nie o niczym.

Ale mówił Pan, że nie chciał, by w filmie zaistniał wątek biograficzny…

Tak, ale mówię o ukształtowanym światopoglądzie i o tym, co chciałbym komuś powiedzieć, czyli wziąć odpowiedzialność za treści, które prezentuję na ekranie. Nie chciałbym mówić o rzeczach, o których nie mam pojęcia. Bagaż przeżytych doświadczeń i emocji był bardzo potrzebny, by wymyślone postaci były prawdziwe, bogate i wiarygodne. Oczywiście jest to film o odchodzeniu, ale opowiedziany z zupełnie innej perspektywy. Zarzucano mi, że zbyt lekko mówię na tak poważny temat.

Może nie lekko, ale tak jak w życiu. Dwoje bohaterów przeżywa chwile radości, smutku, a nawet rozpaczy…

Nie używam w filmie, o co łatwo się pokusić, dosłowności. Takiego szantażu emocjonalnego. Niepotrzebnego epatowania cierpieniem na ekranie. Wydaje mi się, że zostawiam widzowi bardzo duże pole dla interpretacji, aby włożył tam swoje emocje i przeżycia. Starałem się pokazać to w sposób subtelny. Proszę zauważyć, że chora Lena pokazywana jest tyłem do widza, a kiedy się obnaża, chowa się pod kamerę. Nie ma w tym emocjonalnej pornografii. Chwila, w której prosi, by Benek ją sfotografował, nie oznacza epatowania brzydotą, ale prośbę o akceptację.

Można powiedzieć, że film składa się z kilku części. Szalony początek, błyskawiczny ślub, zmaganie się z chorobą.

Pokazuję czasem skrajne emocje, które trudno kontrolować. Lena nie tylko sama jest chora, nie boi się tylko o siebie, ale także o życie nienarodzonego dziecka. Myślę, że nie jest łatwo o tym opowiadać komuś, kto tego nie doświadczył.

W swoim filmie stosuje Pan różnorodne zabiegi formalne: mamy tu animacje i piosenki będące czymś na kształt greckiej tragedii. Stanowią swoisty komentarz do filmu, jak gdyby nie ufał Pan inteligencji widza.

W widza bardzo wierzę. Animacja oddaje rzeczywisty stan rozwoju choroby Leny. Bohaterka mówi światu: „wszystko jest dobrze”, a tak naprawdę choroba postępuje. Nie chciałem pokazywać tego dosłownie, żeby to wyglądało jak z „Dr. House’a” czy podręcznika medycznego. Chciałem to oddać plastyczną alegorią. Piosenki są rodzajem antycznego chóru. Widzowie widzą Natalię Grosiak, która je śpiewa, natomiast bohaterowie jej nie widzą. Ona widzi bohaterów i im się przygląda. To taki zabieg stylistyczny, by po tych emocjach pozwolić widzowi odpocząć. Są to także skróty formalne. Na przykład środkowa piosenka przeprowadza bohaterów od chwili urodzenia do 5. roku życia dziecka. Czyli przyspiesza film o 5 lat.

W czasie leczenia okazuje się, że Lena jest w ciąży. A lekarze nalegają na dokonanie aborcji.

Lekarze wydają wyrok na dziecko, ale ich wyroki wynikają z niewiedzy. Lena chce urodzić, a oni mówią: albo ciąża, albo koniec leczenia. Lena podejmuje decyzję o urodzeniu dziecka, skazując się prawdopodobnie na śmierć. Dowiaduje się, że pewna lekarka będzie ją leczyć. Ten wątek zaczerpnąłem z mojego życia.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama