Kes

Brytyjskie kino społeczne to już niemal osobny gatunek filmowy. Doczekało się też swoich arcydzieł. Kto wie, czy najpiękniejszym i najbardziej poruszającym z nich z nich nie jest „Kes” z 1969 roku.

Reklama

Reżyser Ken Loach w niezwykle prosty, a jednocześnie mistrzowski sposób, opowiedział tu historię kilkunastoletniego Billy’ego Caspera – wychowującego się bez ojca chłopca, który i w domu i w szkole przeżywa ciężkie chwile.

Prześladuje go straszy brat i koledzy z klasy. Gardzi nim też większość pedagogów. Właściwie jedyną osobą, która okazuje mu odrobinę ciepła, jest nauczyciel angielskiego, ale stanie się tak dopiero wtedy, gdy usłyszy opowieść Billy’ego o sokole, którym chłopiec zaczął się opiekować (imię ptaka to właśnie tytułowy Kes).

Pasja ta wyróżnia Billy’ego od reszty mieszkańców górniczego miasteczka. Inni zadowalają się wizytami w pubie, gdzie króluje tandetna, biesiadna muzyka, lub futbolem, od którego można oszaleć (dosłownie! Nauczyciel wychowania fizycznego fantazjuje, że jest wielką gwiazdą Manchesteru United. Zamiast trenować swoich podopiecznych, gra razem z nimi i jednocześnie… sędziuje. Dzięki temu może odgwizdywać rzekome faule, powtarzać w nieskończoność niewykorzystane przez siebie rzuty karne itp. Absurd godny Latającego Cyrku Monty Pythona).  

Chwilę później nie będzie jednak już tak wesoło. Będący bramkarzem Billy nie zdołał obronić strzału drużyny przeciwnej, więc w szatni czeka go kara. Wuefista zagoni go do łaźni, gdzie zaserwuje mu długi prysznic pod lodowatą wodą. A to tylko jedna z przykrości, których doświadczy chłopak.

Jedynym miejscem, gdzie nic mu nie grozi jest przyroda. Gęsty las, rozległe pola, łąka na której trenuje swojego sokoła. Tam czuje się bezpieczny, szczęśliwy. To jedyne co w jego życiu ma sens.

I taki jest ten film: z jednej strony przerażająca opresyjność szkoły oraz całego społeczeństwa, a z drugiej – idylla. Romantyczna niemalże pochwała samotności i franciszkańskie wręcz umiłowanie przyrody. Myślę, że ta „dwubiegunowość” to wielka zaleta tego filmu. Autor mówi nam: zawsze jest jakaś nisza, jakieś wyjście, miejsce do którego można uciec od tego złego, złego świata. Coś co nas ratuje, ocala...

Niestety, nie wszyscy twórcy kina społecznego o tym pamiętają. Przez dekady namnożyło się reżyserów-naśladowców, którzy niemal wyłącznie epatują nędzą, cierpieniem i patologią (np. w Polsce ukuto nawet pogardliwy termin „kino śląskie”, na powstające swego czasu taśmowo „interwencyjne” historie z górnośląskiego regionu. Nie miały one zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Utrwalały raczej negatywne stereotypy o Śląsku).

Na ambitnych festiwalach filmowych królują właśnie takie, depresyjne filmy społeczne. Do historii kina przechodzą jednak inne tytuły – te które dają nadzieję. Takie jak „Kes”, czy powstały trzydzieści lat później „Billy Elliot” – swoista wariacja na temat arcydzieła Kena Loacha.  

*

Tekst z cyklu Filmy wszech czasów

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama