Kaj jest koń, tam jest jo

A to pan zno? Furmon godo: „Przywiózżech pani wongiel”. Na to koń: „Ja, tyś przywióz!”.

Reklama

Alojzy Bugla, który opowiada ten dowcip, jako jeden z ostatnich Ślązaków wozi węgiel zaprzężoną w konia furmanką. Widują go kierowcy, którzy często jeżdżą drogą 935 Racibórz–Rybnik. Na tę trasę wyrusza zawsze z miejscowości Pogrzebień, w której się urodził. Co ciekawe, sam wcale nie mieszka na wsi, tylko w Raciborzu, w mieszkaniu w bloku. Konia trzyma w stajni u swojego kolegi.

Kiedyś pracował na kopalni „Zofiówka” w Jastrzębiu. Teraz ma 60 lat i jest górniczym emerytem. Nie musiałby wozić tego węgla, ale bardzo to lubi. – Wszyscy, co mie znajom, wiedzom, że kaj jest koń, tam jest jo. Woża wongiel już hobbystycznie. Dlo znajomych, np. jak jakiś emeryt chce kupić yno tona – mówi.

Czasem jedzie trzy razy w tygodniu, czasem tylko raz. Wstaje o czwartej rano, żeby dojechać z Raciborza do Pogrzebienia. Około piątej już karmi i czyści swojego przyjaciela – kasztanowatego ogiera o imieniu Pokier. Potem zaprzęga go do furki i powoli ruszają razem na wschód – w stronę kopalni „Rydułtowy”. No właśnie, powoli. Nie wszystkim to się podoba. – Jedni przezywajom, że ruch tamuja. Inni zaś mi godajom: „Nareszcie konia widzymy!”.

Pół dnia z furą

Jeszcze 40 lat temu nikt by nie uwierzył, że furmanka z węglem będzie budzić na szosie taką sensację. Przecież na drogach wiodących do kopalń tworzyły się wtedy całe furmankowe korki. Pociągowych czworonogów wokół było tyle, że łatwo można było zrozumieć, dlaczego w pierwszej polskiej encyklopedii hasło „koń” było objaśnione zdaniem: „jaki jest, każdy widzi”. W niejednej miejscowości przed ósmą rano pustych jeszcze furmanek czepiały się dzieci, żeby zaoszczędzić sobie marszu, i zeskakiwały tuż przed swoją szkołą. Nie trzeba było nawet pół wieku, żeby ten obraz kompletnie się zmienił. Dzisiaj Pokiera, ciągnącego swoją małą furkę, mijają wyłącznie pojazdy silnikowe. Przebycie 12 km z Pogrzebienia do Rydułtów z pustą furmanką zajmuje mu 2,5 godziny, powrót – już z ładunkiem – trwa o pół godziny dłużej.

Alojzy zafascynował się końmi już w dzieciństwie, u dziadka, który miał małe gospodarstwo. Teraz to on zabiera swoją wnuczkę np. na procesje konne, które odbywają się w okolicy. Pokier ciągnie wtedy bryczkę albo wóz z ludźmi. Zdaje się jednak, że dzieci i wnuki pasji Alojzego raczej nie przejmą. Ma żonę Teresę, syna Łukasza oraz córki: Asię i Gabrysię – siostrę Nazarię, służebniczkę Najświętszej Maryi Panny, przedszkolankę we Wrocławiu.

Jak go nie lubić?

Są tacy, którzy pamiętają, jak przed laty niektórzy furmani wołali na zaprzężone do ich wozów pary koni: „Curik! Nazad!”. Zdziwionym objaśniali: „Dzisiej mom dwa konie, jednego hanysa, a drugigo gorola”. – A Pokier to hanys czy gorol? – dopytujemy. – Hanys! Jak się zawoło „curik!”, idzie do tyłu, „hyjta!” – w prawo, „cihi” – w lewo. Poza tym jest jeszcze: „wio” i „prr” – mówi Alojzy Bugla.

Pokier ma różne przyzwyczajenia. Na przykład natychmiast zwalnia tempo swojego marszu, kiedy siedzący w furmance Alojzy zaczyna rozmawiać z kimś idącym obok. Tak, jakby z uprzejmości chciał ludziom ułatwić pogawędkę. To koń zimnokrwisty – silny, ale powolny, idealny do wykonywania trudnych zadań i do współpracy z człowiekiem. Razem z Alojzym nieraz wspólnie mokną, kiedy zaskoczy ich deszcz, pracują też w padającym śniegu. Dla konia to żaden wyczyn, ale woźnica musi mieć końskie zdrowie. Choć z drugiej strony taka praca hartuje. – Jak mie ktoś przy pracy częstuje kawą, zawsze pija jom na dworze. Jakbych, rozgrzany przez robota, wchodził na ta kawa do pomieszczeń, od razu bych był chory – uważa właściciel konia.

Pokiera znają i lubią także kierowcy ciężarówek, którzy stoją w kolejce przed wagą na kopalni „Rydułtowy”. Jeden z szoferów częstuje go zawsze specjalnie przywiezionym chlebem. – Jak Pokier go widzi, to od razu do niego idzie... – śmieje się Alojzy. Chleb musi być suchy. Jeśli ktoś będzie chciał podzielić się kanapką z masłem, koń się nie poczęstuje.

Kiedy rozmawiamy, Pokier stoi tuż obok. Patrzy na nas łagodnie i delikatnie zbliża swój wielki łeb do twarzy swojego pana. Alojzy obejmuje go przyjacielsko. – On lepiej rozumie niż człowiek, tylko że mówić nie umie. Jak go nie lubić, skoro on nas lubi?

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama