Uroda ciała żyje

Podczas procesu na pytanie sowieckich sędziów, kto go uczynił poetą, Josif Brodski odpowiedział prowokacyjnie: „Mam to od Boga”. Przez jego wiersze Bóg prześwieca jak światło gwiazdy, o którym pisze w utworach na Boże Narodzenie.

Reklama

Narodzenie Jezusa Chrystusa uważał za najważniejsze wydarzenie świata. Od 1961 r. gdziekolwiek się znajdował – w więzieniu, na zesłaniu, w Jałtcie, w Wenecji czy w Nowym Jorku – notował z tej okazji jakiś wiersz. „(…) Dziecię było zaledwie kropką – kropką była też jedna z gwiazd./ Z uwagą, bez mrugnięcia, przez blade, rozpierzchłe chmury/ w Narodzonego w żłobie wpatrując się z dala i z góry –/ z głębin kosmosu, z jego przeciwległego końca –/ zaglądała w jaskinię gwiazda. Spojrzeniem Ojca” – pisał w „Gwieździe Bożego Narodzenia”. Nie lubił mówić o swojej wierze.

Stosując się do zasad przestrzeganej w Ameryce politycznej poprawności, uznawał, że to sprawa prywatna. Za to lubił się przyznawać do bycia poetą. A poezja, według niego, jest siłą napędową każdego języka. To, że zostanie mistrzem słowa, przepowiedziała mu w młodości przyjaciółka i mentorka – wielka rosyjska poetka Anna Achmatowa. „Josifie, my oboje znamy wszystkie rymy języka rosyjskiego” – powiedziała. W czerwcu 1993 r., kiedy Brodski odbierał doktorat honoris causa Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, podczas uroczystego obiadu w restauracji Corner zadałam mu nie całkiem odpowiednie w tamtej sytuacji pytanie: – Czy poezja unieśmiertelnia? – Nieśmiertelności nie zapewnia, ale ocala – odpowiedział po polsku, wtrącając rosyjskie i angielskie słówka.

– Znasz li eti stroczki amerykańskiego poety Wally Stevensa: „Ciało umiera, uroda ciała żyje” – zacytował. Ten fragment zrozumiałam dopiero w dniu jego śmierci – 28 stycznia 1996 r. Zaglądałam wtedy łapczywie do jego tomików, w których, jak się okazało, żyła „uroda jego ciała”. Od tamtej chwili minęło już 20 lat.

Poeta pasożyt

Urodził się 24 maja 1940 r. w Leningradzie, w żydowskiej rodzinie, korzeniami sięgającej do litewskich, a niegdyś polskich Brodów. Do 32. roku życia mieszkał z rodzicami przy Litiejnym Prospekcie, w domu, który opisał w słynnym eseju „Półtora pokoju”. To było mieszkanie kwaterunkowe, w którym żyło pod jednym dachem kilka rodzin. Do dziś przetrwał w nim duch tamtej epoki, bo w stworzeniu muzeum Brodskiego przeszkadza córka jednego z dawnych lokatorów, nadal zajmująca część mieszkania i korzystająca z kuchni.

Przyszły noblista jako 15-latek przestał chodzić do szkoły i bez potwierdzonego dokumentami wykształcenia wykładał później na uznanych amerykańskich uniwersytetach i otrzymywał doktoraty honoris causa. Za swoje poglądy trafił najpierw do szpitali psychiatrycznych, w ZSRR uznawanych za dobre miejsce do zamykania osób niewygodnych dla władzy. W 1964 r. skazany w procesie, który można uznać za farsę, otrzymał wyrok 6 lat łagru. Wymierzono mu go za „pasożytnictwo i kontrabandę literacką” oraz „rozpowszechnianie swoich wierszy o ideologicznie kalekiej treści”. Na rok znalazł się na zesłaniu pod Archangielskiem. Został zwolniony pod wpływem nacisku międzynarodowej opinii publicznej.

Zapełnił puste więzienie

Nie chciał, by kojarzono jego poezję z doświadczeniami więzienia i pobytami w szpitalach psychiatrycznych. – Po prostu więzienie było puste i trzeba było je zapełnić – odpowiedział mi trochę ironicznie, kiedy spytałam go o tamte czasy. – Nadawałem się do zapełnienia tego miejsca – dodał. W 1972 r. władze pozbawiły go obywatelstwa ze względu na żydowskie pochodzenie i został wydalony ze Związku Radzieckiego bez możliwości powrotu.

W zbiorze esejów „Śpiew wahadła” niezrażony tym napisał, że Petersburg pozostanie dla niego najpiękniejszym miastem na ziemi. Osiedlił się w Stanach Zjednoczonych przy wsparciu doceniających jego twórczość W.H. Audena, Czesława Miłosza, Susan Sontag, Seamusa Heaneya, Thomasa Tranströmera. Zaczął pisać po angielsku, wykładał na uniwersytetach, a w latach 1991–1992 sprawował godność Poety Laureata Biblioteki Kongresu USA. – Żyję w Ameryce, bo kocham amerykańską literaturę, a szczególnie poezję – mówił. Kiedy w 1987 r. dostał Nobla, zaczął m.in. promować poezję angloamerykańską na szerszą skalę.

Z jego inicjatywy rozpoczęto bezpłatną dystrybucję antologii poetyckich w miejscach publicznych. Bo, jak twierdził w eseju „Sprawić przyjemność cieniowi”: „Nieczytanie wierszy sprawia, że społeczeństwo osuwa się na taki poziom, na którym staje się łatwym łupem demagoga lub tyrana”.

Bez schematów

Wielu chciało w nim widzieć poetę politycznego. Uznać za symbol walki z komunizmem, bo mogła to sugerować jego biografia. Jednak nie pisał poezji zaangażowanej. Jego wiersze były zaangażowane w życie w ogóle. Wiedział, że dobra twórczość nie może być powielaniem schematów, ale uwalnia od nich, odnawiając spojrzenie: „Odrzuca lub objaśnia ideologiczną grę, a zatem ją kompromituje”. – Pisanie jest szkołą niepewności, dlatego boi się go każda totalitarna władza – powiedział w rozmowie z Anną Epolboin. Napisał słynne wiersze o wojnie w Afganistanie, o zamordowanych górnikach z kopalni „Wujek”, „Melodię berlińskiego muru”.

Przedstawiał w nich tamte wydarzenia nie jak polityk, ale człowiek dotknięty ludzką tragedią. Do Polski jego poezja przyszła dzięki wybitnym tłumaczom – głównie Katarzynie Krzyżewskiej i Stanisławowi Barańczakowi. Poza tym miał wiele innych związków z naszym krajem. Jak przypomina Katarzyna Krzyżewska w eseju o wielokulturowości Brodskiego, był współautorem i pierwszym sygnatariuszem oświadczenia rosyjskich intelektualistów „Miara odpowiedzialności”.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama