Ostróżka, anioł i jaskinia

Spod jej palców wylatują kolejne zastępy skrzydlatych postaci. W kolorowej pracowni rozkwitają kwiaty, rosną mury katedr i wnętrza tajemniczych grot.

Do końca stycznia w Klubie Muzyki i Literatury we Wrocławiu trwa wystawa aniołów Marii Gostylli-Pachuckiej. Artystka, która kilka lat temu obchodziła 50-lecie pracy twórczej, wciąż nie wypuszcza z rąk pędzla i nici.


Dla oka i ucha

– Od dziecka lubiłam rysować; w szkole podstawowej zajmowałam się różnymi gazetkami, ozdabiałam pamiętniki koleżanek
– wspomina. Kiedy powiedziała mamie, że chce iść do liceum plastycznego, usłyszała: „Dziecko, z głodu umrzesz!”. „To ja jeszcze pójdę do szkoły muzycznej” – stwierdziła Marysia. „Chyba że tak” – zgodziła się mama.


Młoda artystka rozpoczęła więc równolegle naukę w liceum sztuk plastycznych i w szkole muzycznej. Musiała dojeżdżać codziennie do Wrocławia ze Strzelina. Zamieszkała tam z mamą, babcią i siostrami po powrocie z wywózki na Syberię. Ojca, aresztowanego w 1939 r., już nigdy nie zobaczyły.


Marię trudności zahartowały. Od 16. roku życia udzielała prywatnych lekcji, na drugim roku studiów (dzisiejsza ASP) zaczęła uczyć w średniej szkole muzycznej – uciekając w tym celu z wieczornych zajęć z rysunku. Ukończyła kierunek o nazwie malarstwo architektoniczne, przygotowując dyplom pod kierunkiem prof. E. Gepperta. I wciąż łączyła muzykę ze światem barw. Co ciekawe, jej siostra bliźniaczka ma diametralnie różne zainteresowania.


– Wybrała politechnikę. A ja
do dziś nie umiem na wyrywki tabliczki mnożenia – śmieje się pani Maria. – „Jaki piękny pejzaż” – mówiłam kiedyś, patrząc na oświetlone słońcem kamieniczki w Jeleniej Górze. „Martwimy się, jak to zburzyć…”
– wzdychała siostra, zaangażowana w porządkowanie miasta.


Sztuka życiem tkana

Maria Gostylla-Pachucka miała swoją pierwszą wystawę w 1960 roku. Preferowała akwarelę – choćby ze względu na to, że malarstwo sztalugowe wiązało się w tamtym czasie z różnymi uciążliwościami (np. smrodem terpentyny), a pani Maria założyła rodzinę, urodziła dwie córeczki.

– Mąż, już świętej pamięci, był bardzo przystojny, wymalowałam go sobie. Litwin z pochodzenia, bardzo małomówny. Kiedy mnie pytano, jak się dogadaliśmy, wyjaśniałam, że ja gadałam, a on „pięknie słuchał” – wspomina.

Połączyła ich muzyka. Śpiewali razem w chórze.
Tymczasem pani Maria, w czasach gdy nic nie było można dostać, namiętnie dziergała na drutach. I chyba to ułatwiło jej wejście na drogę tkactwa. Dołączyła do założonej w 1972 r. przez Ewę Paradowską-Werszler grupy tkackiej „10 ¬ TAK”. Tworzyło ją 10 kobiet, w tym urszulanka, s. Maria Małgorzata Bogucka. Artystka wspomina plenery tkackie w Kowarach, a także… pewnych Francuzów, którzy podczas stanu wojennego przyjechali do Polski z darami. Nawiązany wówczas kontakt sprawił, że M. Gostylla-Pachucka wkrótce potem zorganizowała swoją wystawę w Nancy. I regularnie bywała tam co roku przez jakieś 20 lat.


– Po pobycie we Francji zaczęłam tkać kolekcję „Moje katedry”; potem tkaniny inspirowane jaskinią Lascaux i znajdującymi się tam malowidłami sprzed kilkunastu tysięcy lat – mówi. Jej prehistoryczne zwierzaki prze-
wędrowały przez wiele muzealnych sal. Niezwykłe wrażenie
robią katedry – każda z rozświetlonym wejściem. A kwiaty? Zaczęło się od irysów namalowanych na czyjąś prośbę. Teraz w pracowni natknąć się można na słoneczniki, nasturcje, gałęzie magnolii, ostróżki… I oczywiście anioły.


Na honorowym miejscu znajduje się tkanina z wizerunkiem Matki Bożej Szkaplerznej.
– To moja patronka. Urodziłam się w jej dzień, 16 lipca – tłumaczy pani Maria. I przytacza opowieść o swoich niezwykłych spotkaniach z Maryją z Góry Karmel w różnych miejscach, choćby w Tomaszowie Lubelskim czy w Głębowicach.


Z kolei w Sulistrowiczkach dzięki artystce mieni się barwami kaplica Matki Bożej Dobrej Rady – to M. Gostylla-Pachucka zaprojektowała witraże, na których uwieczniono kwiaty z sulistrowickich łąk.


Kolej na następne „kwitnące” i „skrzydlate” dzieła. Czekamy!


«« | « | 1 | » | »»
Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Więcej nowości