Religijne hity

Kino o tematyce chrześcijańskiej ma się dobrze. Przynajmniej w USA. Dowodem na to są dwa filmy, które możemy właśnie obejrzeć w Polsce.

Reklama

Film „War room. Siła modlitwy” został właśnie wydany na płytach DVD, a sequel filmu „Bóg nie umarł” wchodzi na ekrany naszych kin. Oba obrazy w ubiegłym roku trafiły na czołowe miejsca listy kinowych hitów w USA. Oba też zostały zrealizowane, w porównaniu z budżetami innych amerykańskich produkcji, za śmiesznie małe pieniądze.
 

„Szczęść Boże” może być karalne

Marzeniem każdego filmowego producenta jest to, by zyski z filmu przynajmniej pokryły koszty jego produkcji. Film „Bóg nie umarł” zarobił trzydzieści razy więcej, niż wyniósł jego dwumilionowy budżet, co wydaje się wynikiem wprost nieprawdopodobnym. Przebił pod tym względem wystawne hollywoodzkie superprodukcje, które często z trudem odzyskują środki wyłożone na ich realizację. Dla producenta, Pure Flix Entertainment, realizującego filmy o tematyce religijnej i familijnej, to największy sukces w historii firmy. To ważne, bo studio przeznacza zyski na kolejne produkcje o tej tematyce. Wytwórnia poszła za ciosem i zrealizowała jego sequel, czyli „Bóg nie  umarł 2”.

– Pogłoski o śmierci Boga okazały się mocno przesadzone – mówił Willie Robertson w filmie „Bóg nie umarł” Harolda Cronka. Podobnego zdania był Josh Wheaton, bohater filmu, który właśnie dostał się do college’u. Już na pierwszej lekcji filozofii profesor Radisson polecił studentom napisać oświadczenie: „Bóg umarł”. Sprzeciw groził im brakiem zaliczenia. Wheaton nie poszedł śladem kolegów i wdał się w dyskusję z nauczycielem. Film poruszał narastający problem sekularyzacji amerykańskiego systemu nauczania, a także prób eliminowania wiary z przestrzeni publicznej. Fabuła filmu „Bóg nie umarł 2”, również w reżyserii Cronka, nie jest bezpośrednią kontynuacją pierwszego, chociaż niektórzy z jego bohaterów również w nim występują. Porusza natomiast podobne problemy. Z tą różnicą, że w pierwszym ofiarą systemu był uczeń, a w sequelu jest nią nauczycielka.

Tym razem to, co w filmie najważniejsze, rozgrywa się nie na uczelni, ale na sali sądowej. Grace Wesley uczy historii w liceum.

Kiedy na pytanie jednej z uczennic opowiada o Jezusie, rodzice dziewczyny pozywają ją do sądu. Z pomocą przychodzi im organizacja broniąca praw cywilnych obywateli, która chce wytoczyć nauczycielce przykładowy proces. Ma nadzieję, że wyrok doprowadzi do usunięcia z dyskursu publicznego wszelkich informacji na temat Boga. Stąd też słowa adwokata nauczycielki, który na sali sądowej ironizuje, że wkrótce powitanie „Szczęść Boże” może być karalne.
 

Film na czasie

Proces przedstawiony w filmie jest wydarzeniem fikcyjnym, nigdy do niego doszło. Przynajmniej do tej pory. Ale czy w przyszłości, w obliczu postępującego rugowania wiary z przestrzeni publicznej, nie wydaje się prawdopodobny? Prawie codziennie można przecież w mediach znaleźć informacje, że ktoś komuś zabrania prawa do wyznawania wiary w przestrzeni publicznej, usuwa się z niej symbole chrześcijańskie. W napisach końcowych twórcy filmu umieścili informacje o dwudziestu pięciu tego typu przypadkach, które posłużyły im w taki czy inny sposób jako inspiracja.

W roli Grace Wesley, pozwanej do sądu nauczycielki, wystąpiła Melissa Joan Hart, jedna z najaktywniejszych chrześcijanek w Hollywood. – Uważam, że to film ważny i na czasie, opowiadający o teraźniejszej Ameryce – mówiła w jednym z wywiadów. – Chrześcijanie są prześladowani. Poświęca się całe zbiorowości dla jednostek. Nie bierze się pod uwagę wartości, na bazie których założono Amerykę.

Można tylko dodać, że ten problem nie dotyczy przecież tylko Ameryki. W filmie nauczycielka zostaje pozwana za przedstawienie Jezusa jako postaci historycznej. Na tym właśnie koncentruje się atak adwokata rodziców. Dowodzi on, że nauczycielka na lekcji historii wprowadza uczniów w błąd, bo nie ma dowodów na to, że Jezus naprawdę istniał. Zapewnia jednocześnie, że „to nie chrześcijaństwo będzie tu sądzone”. Niech ta religia sobie będzie, ale tylko w świątyni. Bo w szkole wzmianka o Jezusie to już nawracanie i agitacja. A to przecież dzisiaj niedopuszczalne. Podobną argumentację słyszymy nieustannie ze strony wrogów wiary chrześcijańskiej na całym świecie.

Jak widomo, w sądzie liczą się tylko twarde dowody. Grace Wesley na sali sądowej podnosi, że postać Jezusa to nie jest kwestia religijna, ale także historyczna. – Wzmianka w Biblii nie sprawia, że coś nie jest faktem – odpowiada na zarzuty oskarżycieli.

Twórcy „Bóg nie umarł 2” właśnie takie coś oferują w swoim filmie – solidną, racjonalną obronę wiary chrześcijańskiej w obliczu sądowej niewiary oraz obojętnej naukowej analizy.

„Bóg nie umarł 2”, podobnie jak pierwsza część, nie jest dziełem wolnym od potknięć, daleko mu do doskonałości. Ale jest jednym z tych filmów, który trafia do widza, bo w sposób prosty, może czasem naiwny, mówi o sprawach najważniejszych.
 

Recepta na sukces

„War room. Siła modlitwy” Alexa Kendricka może poszczycić się podobnym sukcesem frekwencyjnym. Być może dlatego, że również podejmuje temat na czasie. To opowieść o współczesnej rodzinie zagrożonej destrukcją. Jak tego uniknąć i scalić małżeństwo? Odpowiedź znajdujemy w polskim tytule filmu. Tytuł oryginalny, zaczerpnięty z wojskowej terminologii, jest bardziej enigmatyczny. „War room” to po prostu pokój narad, w którym planuje się operacje wojskowe czy biznesowe. Wojskowy war room oglądamy w pierwszych scenach filmu. Trochę później jawi się on w miejscu rzeczywiście nietypowym, gdzie również planuje się bitwy, ale innego rodzaju.

Pierwszoplanową bohaterką filmu jest Elizabeth Jordan, kobieta w średnim wieku, która dostrzega, że jej małżeństwo przeżywa kryzys. Wydawałoby się, że czarnoskóra rodzina Jordanów posiada wszystko, co powinno zapewnić im szczęśliwe życie. Wspaniały dom i udaną córkę. Elizabeth handluje nieruchomościami, a Tony, jej mąż, ma dobrze płatną pracę w firmie farmaceutycznej. Jednak Elizabeth niepokoi sposób, w jaki od pewnego czasu mąż traktuje ją i córkę. Stał się szorstki, obcesowy, unika rozmów na tematy związane z rodziną. Widać wyraźnie, że zawodowe sukcesy uderzyły mu do głowy. Całkowicie lekceważy swoją żonę. Kobieta kocha męża, ale zdaje sobie sprawę, że jeżeli sytuacja nie zostanie w jakiś sposób rozwiązana, jej małżeństwu grozi rozpad.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Więcej nowości

    Reklama