Z przemijania – nowe

Poeta Juliusz Wątroba napisał kawałek świetnej prozy o tym, jak w jednej chwili choroba sprawia, że wypada się z obiegu. „Od nocy do świtu” to przede wszystkim jego odważne świadectwo.

Reklama

Dlaczego odważne? Bo uznany poeta nie wstydzi się przyznać do rozpaczy, zwątpienia i worka stomijnego, który „stał się jeszcze jedną integralną częścią jego ciała, tak samo jak płuca, serce, śledziona”. Książka jest szczupła jak sam autor podczas choroby nowotworowej, która dotknęła go kilka lat temu. Jej akcja toczy się szybko jak postępujące kłopoty ze zdrowiem, a potem równie gwałtownie przywraca go do świata żywych, pełnych nadziei, ale i mniejszej wyobraźni. Bo ważne, żeby stale mieć w tyle zdrowej głowy wyobrażenie choroby i tego, co zmienia w ludziach, którzy do tej pory nie usłyszeli wyroku.

Wątroba, pisząc dziennik choroby, ucodziennił tę niezwykłą sytuację walki o życie. Na początku książki pyta, dlaczego tylu świętych, do których zanosili modlitwy w intencji jego uzdrowienia bliscy mu wierzący i niewierzący, tak wcześnie umarło.

Dominik Savio miał 15 lat, Tereska od Dzieciątka Jezus – 24 lata, Stanisław Kostka – 18, s. Faustyna Kowalska – 33 lata. Kiedy zdał sobie z tego sprawę, ogarnął go strach, bo wszyscy byli młodsi od niego, a on starszy i na dodatek grzesznik. Ale w tym momencie uświadomił też sobie, że Boska sprawiedliwość, która wydaje się dziwna z ludzkiego punktu widzenia, ma inny wymiar: „(…) bo śmierć jest narodzeniem do nowego życia, gdy tutaj rodzimy się do tak pewnej śmierci. Wobec tego musi być sens wielki każdego cierpienia, bo nie po to się cierpi, żeby nadaremnie”. Razem z autorem szukamy sensu jego cierpienia, ale i cierpienia w ogóle, bo przecież ten zapis ma charakter uniwersalny.

Pierwszym, rzucającym się w oczy skutkiem fizycznych i duchowych zmagań poety są, prowadzone równolegle do narracji chorobowej, przemyślenia na temat jego przodków, próby odnajdywania korzeni i więzi z tymi, którzy dali mu życie, o które teraz walczy. Sam, już wyleczony, podkreśla, że te ciężkie przejścia pomogły mu w odzyskaniu umiejętności cieszenia się. Otrzymał również dar spokoju, który sprawia, że nie przemyka jak dotąd ulicami swojego miasta – Bielska-Białej, jak zlękniony zając, ale idzie spokojnie, ciesząc się każdym krokiem.

„Dostrzegam to, czego dawniej nie widziałem – piękno, nie dramat przemijania – wszak z przemijania urodzi się nowe” – pisze. Uważa, że te odkrycia są nagrodą za lata duchowej tułaczki. My mu kibicujemy, dziękując za przypomnienie prawd starych jak świat i, jak widać, do życia niezbędnie potrzebnych.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama