Sezon na telezakupy

Gwiazdy szklanego ekranu przenoszą się 
do sieci. Czy portale internetowe zastąpią tradycyjną telewizję?

Reklama

Katarzyna Janowska, Tomasz Lis, Jarosław Kuźniar, Tomasz Raczek, Bartosz Węglarczyk, a już wkrótce Maciej Orłoś. Wciąż wydłuża się lista znanych dziennikarzy, którzy przenoszą swoje programy (po nieznacznym liftingu) ze stacji telewizyjnych do internetowych portali. W tych swoistych „telezakupach” na rynku transferowym przoduje Onet, który dodatkowo zagiął parol na najlepszych komentatorów i publicystów politycznych, ściągając z „Rzeczpospolitej” Agnieszkę Burzyńską i Andrzeja Stankiewicza, skądinąd znanych doskonale także z telewizyjnych ekranów.

Na pozór zjawisko wydaje się naturalne. Świat cyfrowy zastąpił już dawno analogowe media i to komputer, a nie telewizor jest dziś w polskich domach artykułem pierwszej potrzeby. Dla pokolenia urodzonego w XXI wieku czasy przedinternetowe są jak epoka lodowcowa. Portale informacyjne zastępują media papierowe (lub stanowią ich niezbędne uzupełnienie), muzyki słucha się nie z płyt, lecz z plików mp3, ale pozycja telewizji wydawała się dotąd niezagrożona. Jej program jest wszak niezależny od klasycznego odbiornika, zdigitalizowany, więc można go równie dobrze oglądać na ekranie laptopa, tabletu czy smartfona. I może właśnie z tego powodu duże portale postanowiły zawalczyć o względy telewidza – w dość prosty sposób. Mają go przyprowadzić za sobą do sieci gwiazdy szklanego ekranu.

Pomysł wydaje się sensowny. Pod warunkiem, że można udzielić pozytywnej odpowiedzi na dwa pytania. Pierwsze: czy dla użytkownika sieci telewizyjna osobowość ma taką samą moc przyciągania jak dla telewidza? I drugie: czy na autorskie programy Tomasza Lisa albo Jarosława Kuźniara – przeniesione w inną medialną rzeczywistość – będzie w ogóle zapotrzebowanie?

Lepiej 
pod własnym szyldem

Łatwiej o odpowiedź na pytanie dotyczące mocy. Ta zapewne działa wszędzie, choć z różnym efektem. Eryk Mistewicz, znawca nowych mediów, od dawna powtarza, że mamy do czynienia ze zmierzchem tytułów i firm, nawet tych, które przez dekady budowały na rynku medialnym swoją wiarygodność. Czytelnicy i widzowie bardziej potrzebują dziś w internetowej dżungli pojedynczych, wyrazistych przewodników. Dla jednych może to być Tomasz Lis albo Piotr Kraśko, dla innych Jan Pospieszalski albo Tomasz Terlikowski. – Ale pod warunkiem, że działać będą pod własnym szyldem, nie przyjmą roli jednej z wielu gwiazd w medialnym koncernie. Wtedy przestają bowiem świecić własnym blaskiem, ale pracują na czyjeś konto i ich moc natychmiast słabnie – uściśla ekspert.

Więcej szans na sukces w nowych mediach mają według Mistewicza te gwiazdy telewizji, które zdecydują się na budowanie własnej domeny, stworzenie indywidualnego kanału internetowego, ale to już zupełnie inna bajka. W niej trzeba wymyślić całkowicie nowy format, mówić innym językiem, dostosowanym do niecierpliwego użytkownika sieci. Taką drogą poszedł np. Mariusz Max Kolonko i – abstrahując od oceny zawartości jego prywatnej TV – niewątpliwie odniósł sukces. – Bo to, co robi, ma potężny ładunek „wirusowy”. Ludzie oglądają, emocjonują się, podają dalej linki, bez względu na to, czy się z autorem zgadzają, czy nie. Inna sprawa, jak traktują to, co widzą: jako poważny przekaz, objaśnianie świata czy raczej element inforozrywki? – pyta retorycznie pomysłodawca portalu Wszystko Co Najważniejsze.

Świat internetu jest demokratyczny do bólu. Sieć ma swoje hierarchie, własne gwiazdy, a dla telewizyjnych celebrytów potrafi być bezlitosna, o czym przekonał się m.in. właśnie Jarosław Kuźniar. Czas płynie tu szybciej, sława przemija błyskawicznie. Trzeba uważać, bo kapitał popularności zdobyty przez lata pracy w telewizji może w internecie stopnieć w ciągu kilku miesięcy.

Youtuberzy i piraci

Odpowiedź na drugie pytanie jest już właściwie znana od dawna: przenoszenie tradycyjnych telewizyjnych programów, traktowanych – tak po prostu – jako jeden z elementów portalowego menu, nie ma większego sensu. Jeśli ktoś zagląda do baru szybkiej obsługi, nie szuka obiadu z przystawką, zupą i deserem. Treści wideo są na portalach ilustracją, wisienką na torcie, a nie daniem głównym. Ilustracją niezbędną i bardzo chętnie odtwarzaną, ale przez minutę, dwie, a nie dwadzieścia. Krzysztof Fijałek, redaktor naczelny Interii, nie ma ambicji ścigania się z telewizją. Ale nie dlatego, że nie docenia jej atrakcyjności. – Materiały wideo w sieci już zostały zagospodarowane. Każdy użytkownik internetu doskonale wie, że jeśli chce zobaczyć jakiś film, program, skecz czy piosenkę, znajdzie je z pewnością na YouTubie. Z tego kanału korzystają zarówno znani i lubiani artyści, jak i debiutanci, którzy chcą zaistnieć. Zatem jeśli coś miałoby tradycyjną telewizję zastąpić, to właśnie takie kanały – zauważa K. Fijałek.

To prawda, że w samodzielne, dorosłe życie wchodzi pokolenie całkowicie uzależnione od internetu, które w ogóle nie korzysta z telewizora, co nie znaczy, że nie ogląda telewizyjnych programów albo seriali. Te ostatnie głównie jednak poprzez wyspecjalizowane platformy, legalne – jak HBO GO czy Netflix – lub pirackie, które wyrastają jak grzyby po deszczu. Portale typu Onet lub Wirtualna Polska traktowane są natomiast powszechnie jako źródło szybkiej informacji i rozrywki. Materiały wideo pobierane stamtąd to ścinki, cytaty, trailery, już nawet nie teledyski, bo średni czas oglądania takich filmików wynosi zaledwie kilkadziesiąt sekund. Surfując po sieci, nie zatrzymujemy się dłużej, nawet widząc znaną i popularną twarz.

Onet jak Bayern

Redaktor naczelny Interii wie, co mówi, bo właśnie ten portal jako pierwszy eksperymentował z własnymi programami wideo realizowanymi online. I na eksperymentach poprzestał. Szybko się okazało, że użytkownicy nie są nimi w ogóle zainteresowani. Wynika to z samej natury medium, jakim jest portal. Nawet relacja na żywo z ważnego wydarzenia politycznego, gorącej debaty, istotnej konferencji prasowej żyje na stronie przez kilkanaście, góra kilkadziesiąt minut i jest wypierana przez kolejne informacje.

Dlaczego zatem portale w ogóle decydują się na ściąganie telewizyjnych gwiazd? Na pewno jest to element marketingu. W przypadku Onetu, należącego do koncernu Ringier Axel Springer, wydającego także dziennik „Fakt”, tygodnik „Newsweek”, prasę sportową i biznesową, chodzi również o budowanie dominującej pozycji na medialnym rynku, uzupełnianie oferty dla reklamodawców o własną „telewizję”. Jest w tej strategii coś z polityki Bayernu Monachium, który ściąga od konkurencji najlepszych graczy, by ją osłabić, czasem z pełną świadomością, że będą „grzać ławę”, a nie strzelać bramki. Analogia wydaje się o tyle uzasadniona, że w dziennikarskim środowisku z wypiekami na twarzy podaje się wysokości kontraktów, za jakie rodzime gwiazdy mediów przenoszą się do portalu, który jeszcze niedawno… w ogóle nie zatrudniał rasowych dziennikarzy, a swoją ofertę budował na materiałach zapożyczonych z drugiej ręki.

Ale marketing wszystkiego nie tłumaczy. Onet jest portalem, na którym wszystkie treści są ogólnodostępne i wpływy z samych reklam (w przypadku internetu zdecydowanie mniejsze niż w przypadku telewizji) nie są w stanie bilansować takich wydatków. Mamy zatem do czynienia z dość tajemniczym modelem biznesowym – jeśli nastawionym na zyski, to bardzo długoterminowe, na granicy science fiction.

Skok na multipleks

Inaczej wygląda strategia WP, której właściciel, Grupa Wirtualna Polska, sam postanowił spróbować sił jako… nadawca telewizyjny, skutecznie ubiegając się o koncesję na multipleksie. Program telewizji WP1 ma ruszyć 2 grudnia, a jak spekulują branżowe media, jej największą gwiazdą ma być Maciej Orłoś, który dla tego wyzwania zrezygnował (po 25 latach) z pracy w TVP.

Podobną strategię wybrała spółka Agora, wydawca „Gazety Wyborczej” i portalu Gazeta.pl. Na tym samym, ósmym już multipleksie będzie można oglądać programy stacji KIWI TV należącej do Agory. To pewna nowa jakość, poprzednie multipleksy bowiem zapełniały niemal w komplecie – oprócz kanałów tematycznych i muzycznych – kolejne mutacje TVN albo Polsatu. W przypadku WP1 nowa jakość ma polegać na interaktywności, czyli zamianie widzów w… użytkowników macierzystego portalu.

Na rynku medialnym nie ma już praktycznie firm, które działałyby wyłącznie na jednym polu. Prasa, portal, radio (jak choćby w przypadku „Gościa Niedzielnego”) wzajemnie się uzupełniają, dając wydawcy efekt synergii. Ma to jednak sens, gdy umiejętnie wykorzystuje się specyfikę i atuty każdego z mediów z osobna, operujących różnymi przecież formami wyrazu. Pomysł z umieszczaniem całych programów telewizyjnych w ofercie portalu informacyjnego wygląda na dość ekstrawagancki eksperyment i zapewne przejściową modę. Pomysły z tzw. auto­playem, czyli plikiem wideo uruchomiającym się podczas otwierania każdego tekstu (choć niekoniecznie z nim związanym), bez względu na to, czy użytkownik sobie tego życzy, czy nie, być może poprawią jedynie statystyki oglądalności niektórych gwiazd. Ale taka wymuszona popularność raczej nie przywróci im telewizyjnego blasku. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Więcej nowości

    Reklama