Jeden z paczki
„Inklingów”

„Wojna w niebie” Charlesa Williamsa, choć zaczyna się jak kryminał, jest emocjonującym traktatem o duszy. Przypomina, że możemy oddać ją Bogu albo szatanowi. Sugestywnie pokazuje grozę wyboru zła.

Reklama

Już sam początek wciąga w lekturę – pracownicy londyńskiego wydawnictwa znajdują w jednym z pokojów zwłoki nieznajomego. Tego dnia odwiedza ich interesant, pobożny archidiakon, z propozycją druku książki. Przypadkowo – a przecież nie ma przypadków – zagląda do przygotowywanej do druku pozycji, w której wyczytuje, że w jego parafii znajduje się mityczny kielich Świętego Graala. Wraca do Fardles i w zakrystii małego normańskiego kościoła znajduje stary kielich. „O słodki, dobry Panie Jezu, pozwól, że zatrzymam ten kielich, jeśli to rzeczywiście jest Twój kielich, dla Twej miłości, dobry Jezu” – modli się szczęśliwy. Ale kiedy zabiera go ze sobą na plebanię, uruchamia lawinę wydarzeń, które oddzielają go od cudownego znaleziska.

Nie będę streszczać wciągającej akcji, muszę jednak odnotować, że ze sfery namacalnej Williams przenosi ją w świat duchowy. Dość powiedzieć, że prawdziwa londyńska apteka, w której odbywają się czarne msze, na czas ich trwania niknie z ulicy. W ten i na inne sposoby autor uzmysławia czytelnikowi, że zło unicestwia. A jednak właśnie z powodu detalicznych relacji z obrzędów sprawowanych przed ciemnymi mocami odradzam lekturę tej książki osobom nieprzygotowanym. Sugestywność przedstawienia kontaktów bohaterów ze Złym działa w tej pozycji w inny sposób niż w utworach J.R.R. Tolkiena czy C.S. Lewisa. Oni przyjmują konwencję fantastyczną czy baśniową, więc łatwo tam odgraniczyć dobro od zła. W „Wojnie w niebie” brak czytelnych znaków odróżniających je.

Warto przypomnieć, że Williams, poeta i twórca mistycznych horrorów, był dobrym kolegą Tolkiena i Lewisa. W latach 30. i 40. XX w. stworzyli w Oksfordzie towarzystwo „Inklingów”. Co tydzień pili razem piwo w pubie, a w pokoju Lewisa w „Magdalen College” głośno czytali pisane przez siebie książki. Podczas tych spotkań Tolkien przedstawił słuchaczom „Władcę Pierścieni”, a Lewis „Listy starego diabła do młodego” i fragmenty „Opowieści z Narnii”. Widać, że Williams inspirował się dziełami kolegów, ale przetwarzał je na swój sposób, łącząc jawę ze snem i poprzez to pewne znieczulenie zaglądając do ludzkiej duszy. Trzeba go jednak czytać ostrożniej, bo na wielu stronach powieści pozwala bezkarnie szaleć demonom. Na szczęście poin-
tuje ją ekstatycznym i poetyckim opisem Najświętszej Ofiary, która na pewno zostanie w pamięci czytelnika.

Barbara Gruszka-Zych

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Więcej nowości

    Reklama