W rodzinie

„Komunia” Anny Zameckiej to wyjątkowy w polskim kinie film dokumentalny, nawiązujący do najlepszych tradycji tego gatunku w Polsce.

Reklama

Najpierw prestiżowa nagroda na festiwalu w Locarno, gdzie film miał światową premierę, następnie Grand Prix Warszawskiego Festiwalu Filmowego i udział w licznych przeglądach. Nagrody jak najbardziej zasłużone. „Komunia” jest debiutem reżyserki, która wykazując niesamowitą dojrzałość, nakręciła film prawie całkowicie autorski; wzięła na warsztat temat trudny i jednocześnie niezwykle aktualny. To film ważny także ze względu na temat i sposób jego ujęcia. Podobną historię przedstawić można przecież wyłącznie w czarnych barwach, a takich w naszym kinie nie brakuje. Również fabularnym. Oczywiście zdarzają się wyjątki, czego jednym z przykładów jest chociażby „Chce się żyć” Macieja Pieprzycy. Ale nie jest ich zbyt wiele, chociaż spotykają się z uznaniem widzów, którzy przecież nie chcą wychodzić z kina całkiem zdołowani. Nie znaczy to, że film Zameckiej jest jakąś optymistyczną opowiastką, ale jego autorka potrafiła odpowiednio rozłożyć akcenty. Znajdziemy tu także sporo humoru.

Przez przypadek

Ta filmowa opowieść powstała, jak wynika z relacji realizatorki, właściwie przez przypadek. Zamecka w czasie Euro 2012 robiła na Dworcu Centralnym w Warszawie dokumentację do innego filmu, który nigdy nie powstał. W tym czasie przez dworzec przewijało się wielu turystów. – Jeden z nich, cudzoziemiec, podszedł do kasy i daremnie próbował porozumieć się z kasjerką. Trwało to na tyle długo, że jeden z mężczyzn w kolejce, ubrany w kreszowy dres, podszedł do okienka zirytowany długim czekaniem i zagadał do turysty: po angielsku, po hiszpańsku, po włosku, po serbsku, aż przeszli na francuski, którym mężczyzna w dresie też posługiwał się swobodnie – wspomina Anna Zamecka. – Byłam bardzo ciekawa, kim jest ten człowiek. Następnego dnia znów zobaczyłam go na dworcu i tym razem pobiegłam za nim. Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że w PRL-u handlował na czarnym rynku walutą, stąd jego znajomość języków. Bardzo szybko zaczął mi opowiadać o swoich dzieciach, przyznając, że nie poradziłby sobie, gdyby nie córka.

Opowieść Marka, bo takie imię nosi ojciec Nikodema i Oli, na tyle zainteresowała reżyserkę, że odwiedziła tę rodzinę. Początkowo przyjeżdżała do nich sama, a później, kiedy zdobyła ich zaufanie, z operatorką kamery. Najtrudniej było zdobyć zaufanie 14-letniej Oli. – Reprezentuję w jej oczach świat dorosłych, od którego doznała wielu krzywd. Nie starałam się na siłę aranżować pewnych sytuacji, jeśli czułam, że to sprzeczne z tym, czego Ola czy Nikodem rzeczywiście pragną – wyjaśnia reżyserka. – Bez tego wsłuchiwania się w ich potrzeby nie byłoby prawdy na ekranie, nie umiałabym też przewidzieć ich reakcji na konkretne zdarzenia. Ważne było oczywiście, by nie przekraczać pewnych granic i nie wchodzić na przykład z kamerą w sytuacje, które dla moich bohaterów byłyby zbyt bolesne.

„Komunia” ma troje bohaterów. Ojca, syna i córkę, obecnych w kadrze właściwie przez cały czas. Jednak wkrótce przekonamy się, że ważną rolę odgrywa tu jeszcze jedna postać, której przez znaczną część filmu nie widzimy na ekranie. Ta nieobecność zdeterminowała działania pierwszoplanowej bohaterki – Oli. Kiedy realizatorka przyjechała do ich mieszkania po raz pierwszy, Ola miała 12 lat. Przygotowywała właśnie obiad dla całej rodziny. Na pytanie o matkę dziewczynka powiedziała, że nie mieszka z nimi, ale „jeśli tata wyremontuje łazienkę, to mama może wróci”.

Ola rządzi

Kamera tylko z rzadka opuszcza małe mieszkanie, w którym gnieżdżą się trzy osoby. Już w pierwszych scenach filmu dowiadujemy się, kto w tej rodzinie jest wodzirejem, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Nie ulega wątpliwości, że Ola. To ona zajmuje się Nikodemem, czyli młodszym bratem, i „rządzi” ojcem. Jest dosyć apodyktyczna w swoich działaniach, ale bez tego ta rodzina prawdopodobnie by nie przetrwała. Pozostali członkowie rodziny z różnych powodów nie za bardzo radzą sobie w codziennym życiu. Ojciec to człowiek dobroduszny, kocha swoje dzieci, ale zbyt wiele nie może im zaoferować. Tym bardziej że walczy, a przynajmniej stara się walczyć, z pociągiem do kieliszka.

Nikodem z kolei dotknięty jest pewną formą autyzmu, co widzimy już w pierwszej scenie filmu, kiedy stara się włożyć spodnie. Nie bardzo mu to wychodzi. Nie radzi sobie też z innymi praktycznymi aspektami codziennego życia. Chociaż nie potrafi zbyt dobrze funkcjonować w relacjach z innymi, wykazuje nadzwyczajną intuicję i zdolności w formułowaniu celnych, wydawałoby się oderwanych od rzeczywistości, ale dowcipnych komentarzy dotyczących konkretnych sytuacji. Czasem naprawdę trudno uwierzyć, że jest autystyczny.

Niełatwo sobie wyobrazić, co stałoby się z tą rodziną bez Oli, najważniejszej postaci tego dokumentalnego dramatu. Jest podporą rodziny i jednocześnie ofiarą sytuacji, w jakiej się znalazła. Opiekuje się Nikodemem i ojcem, sprząta, gotuje i praktycznie zajmuje się wszystkim, czym powinni zajmować się rodzice. A przecież musi to pogodzić z nauką. Trudno jej znaleźć czas na rozrywki czy spotkania z rówieśnikami. Jest na tyle dojrzała i odpowiedzialna, że to z nią rozmawia kurator sprawujący nadzór nad rodziną czy ojcem. Wbrew pozornej szorstkości rodzinnych relacji, gdzie czasem padają mocne słowa i zdarzają się kłótnie, nie mamy wątpliwości, że wszyscy w tej rodzinie się kochają.

Ola ma jedno wielkie marzenie: pragnie powrotu matki, która jakiś czas temu porzuciła rodzinę. Wydzwania do niej nieustannie, ale rzadko spotyka się z odzewem. Liczy, że uroczystość Pierwszej Komunii Świętej, do której ma przystąpić Nikodem, będzie okazją do spotkania i połączenia rodziny. – Nie można wychowania religijnego spychać na księdza i katechetę. Musi być prowadzone przez rodziców. Kogo Bóg miłuje, tego chłoszcze – mówi ksiądz w czasie spotkania z rodzicami dzieci przygotowujących się do Pierwszej Komunii. A kiedy zabraknie rodziców lub nie są do tego zdolni? W sytuacji tej rodziny obowiązek przygotowań przyjęła Ola. Stara się z niego wywiązać jak najlepiej. Czy uroczystość komunijna da również impuls do rodzinnego pojednania?

Bez komentarza

Film Anny Zameckiej pozbawiony jest komentarza. Autorka nie ocenia też postawy swych bohaterów. Nie musi. Wiemy tylko to, co zarejestrowała kamera. Trudno powiedzieć, na ile pewne sceny zostały zaaranżowane. Nie znamy powodów odejścia matki Oli i Nikodema ani nie wiemy, dlaczego rodzina ma kuratora. Możemy się tylko tego domyślać.

Niezależnie jednak od walorów artystycznych film podejmuje istotne problemy współczesnej rodziny. Z pewnością do najważniejszych należą rozwody i rozpad, formalny czy nieformalny, rodziny. Kto staje się największą i niezawinioną ofiarą tej dezintegracji? Oczywiście dzieci. O tym, co przeżywa Ola, tak naprawdę mało kto wie. Czy kogoś to zresztą obchodzi? Jak długo będzie musiała sobie sama radzić z problemami, z którymi nie poradziłoby sobie wielu dorosłych? Czy Nikodemowi nie można np. zapewnić odpowiedniego leczenia? Czy powołane do tego instytucje nie powinny nieść realnej pomocy podobnym rodzinom? Bo sam kurator i kazania nie wystarczą. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama