Zabić milczeniem

By rozprawić się z niepokornym artystą, nie trzeba go mordować. W systemie totalitarnym można go po prostu wykreślić z ewidencji i zabić milczeniem.

Ostatni film Andrzeja Wajdy – „Powidoki”, który właśnie wchodzi na ekrany naszych kin, był polskim kandydatem do Oscara. Film jest interesujący, ale z pewnością nie należy do najwybitniejszych w twórczości reżysera. Kilka innych, jak „Ziemia obiecana” czy „Człowiek z marmuru”, bardziej zasługiwało na start w oscarowym konkursie. Wydaje się, że komisja selekcyjna po prostu zrobiła gest w stronę zmarłego reżysera. W ubiegłym roku powstało u nas przecież kilka wyróżniających się produkcji. Chociażby „Wołyń” Smarzowskiego czy „Ostatnia rodzina” Matuszyńskiego. Nie dziwi więc fakt, że „Powidoki” ostatecznie nie znalazły się wśród 9 tytułów na tzw. shortliście filmów, które powalczą o nominacje do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny.

Andrzej Wajda zainteresował się postacią Władysława Strzemińskiego, bo uważał go za „jednego z najbardziej świadomych artystów w Polsce”, artystę będącego w konflikcie z władzą ludową, który nie poszedł wobec niej na żadne ustępstwa czy kompromisy. Strzemiński w czasie I wojny światowej stracił rękę i nogę. Stracił również wzrok w jednym oku. Przed II wojną światową należał do czołówki polskich malarzy. Istotną rolę w kształtowaniu się jego koncepcji artystycznych odegrał konstruktywizm. Strzemiński sprzeciwiał się jednak konstruktywistycznemu hasłu podporządkowania sztuki wymogom społecznej użyteczności, bronił idei niezależności sztuki. Stworzył teorię unizmu, według której obraz miał oddziaływać na widza nie przez odwzorowywanie rzeczywistości, ale tzw. czystą plastykę, m.in. kolory i kształty. Po wojnie, w 1945 roku, został wykładowcą łódzkiej Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, której był współzałożycielem. Z jego inicjatywy powstał tam Wydział Plastyki Przestrzennej. Jego żona Katarzyna Kobro była znaną rzeźbiarką. Życie Strzemińskich z czasem zmieniło się w piekło. Film Andrzeja Wajdy nie jest jednak pełną biografią artysty. Reżysera nie interesują też sensacyjne szczegóły prywatnego życia artystycznej pary, chociaż widz, który nie zna biografii bohatera, będzie miał kłopoty z interpretacją niektórych wątków filmu dotyczących ich córki. „Powidoki” są opowieścią o ostatnich latach życia Strzemińskiego (1948–1952). Jest on malarzem, profesorem i wykładowcą w łódzkiej PWSSP. Studenci go uwielbiają, natomiast władze niezbyt.

W pierwszych scenach „Powidoków”, rozgrywających się w czasie malarskiego pleneru, kaleki artysta tłumaczy zafascynowanej nim studentce swoje koncepcje. Dowiadujemy się też, skąd wziął się tytuł filmu. – Obraz ma być tym, co pani wchłonie w siebie. Patrząc na jakiś przedmiot, otrzymujemy jego odbicie w oku. W chwili, gdy przestajemy na niego patrzeć i przenosimy spojrzenie gdzie indziej, pozostaje w oku powidok przedmiotu – ślad przedmiotu o tym samym kształcie, lecz przeciwstawnym zabarwieniu. – Powidok… bo człowiek tak naprawdę zobaczył tylko to, co sobie uświadomił – wyjaśnia Strzemiński znaczenie używanego przez siebie słowa.

Niestety, ta długa tyrada nadaje się bardziej do filmu popularnonaukowego niż fabularnego. Nie jest to zresztą przykład wyjątkowy, bo wiele dialogów w „Powidokach” razi sztucznością i publicystyką. Można zrozumieć chęć wyjaśnienia niezorientowanemu widzowi, kim był Strzemiński i jak wyglądał stosunek władzy ludowej do sztuki w czasach stalinowskich, ale w filmie wyszło to nad wyraz nieudolnie.

Należy go wepchnąć pod tramwaj

Konflikt między władzą a artystą rozpoczyna się wraz z nadejściem w sztuce socrealizmu, będącego propagandowym narzędziem partii komunistycznej. Strzemiński, który miał za sobą doświadczenia w Rosji sowieckiej, skąd uciekł wraz z żoną przez zieloną granicę, nie zgadza się z żądaniami stawianymi teraz twórcom przez partię. Zasady te w filmie jasno wykłada minister kultury. – Naród ma prawo stawiać swoje wymagania twórcom, a jednym z podstawowych wymagań jest, aby głębszy nurt utworu, jego cel, jego zamierzenia odpowiadały potrzebom ogółu, aby nie rodziły zwątpienia, gdy potrzeba zapału i wiary w zwycięstwo, aby nie apoteozowały depresji, gdy naród chce żyć i działać.

Strzemiński dostrzega niebezpieczeństwa, jakie kryją się w takim podejściu do sztuki. – Widzę, że teraz dąży się do zatracenia granicy między sztuką a polityką i, co gorsza, staje się to interesem jednej grupy – mówi w czasie zebrania poświęconego zadaniom artysty w obecnej rzeczywistości, czym wydaje na siebie wyrok. Zdaje też sobie sprawę, co mu grozi. – Artystę można zabić na dwa sposoby, mówiąc o nim za dużo albo… nic. Ja jestem tym drugim przypadkiem.

I rzeczywiście. By rozprawić się z niepokornym artystą, nie trzeba go mordować. W systemie totalitarnym, a pamiętajmy, że wydarzenia rozgrywają się w latach 1948–1952, w szczytowym okresie stalinizmu w Polsce, można go wykreślić z ewidencji i zabić milczeniem. Wystarczy pozbawić go pracy, kartek na żywność, które wydawane są w zakładzie pracy, czy legitymacji związkowej, bez której nie można kupić materiałów potrzebnych do malowania. I dodatkowo usunąć jego prace z galerii i sal wystawowych. A nawet z kawiarni, co możemy obejrzeć w kapitalnej scenie usuwania płaskorzeźby Strzemińskiego z jednego z łódzkich lokali. To wszystko spotkało właśnie artystę, kiedy nie chciał poddać się wdrażanym na siłę partyjnym dyrektywom. Z pewnością jego postawa drażniła partyjnych działaczy tym bardziej, że podobnie zresztą jak wielu awangardowych artystów rozpoczął on swoją artystyczną karierę w bolszewickiej Rosji. Jednak, w przeciwieństwie do innych, szybko przejrzał na oczy. Wajda krok po kroku przedstawia działania partyjnych funkcjonariuszy, którzy utrudniają mu życie, jak mogą. – Pana, panie Strzemiński, należałoby wepchnąć pod tramwaj – mówi w filmie do artysty minister Włodzimierz Sokorski. Strzemiński może liczyć tylko na pomoc swoich studentów, ale i wśród nich znajdzie się donosiciel. Środowisko artystyczne nie tylko go ignoruje, ale wprost przyłącza się do nagonki na swojego najwybitniejszego, przynajmniej w Łodzi, reprezentanta. Część ze strachu, a część zapewne z zawiści. Właściwie tylko jedna osoba usiłuje mu pomóc. Jest to Julian Przyboś, dobrze wówczas notowany przez władze poeta. Wątek córki, która wędruje pomiędzy mieszkaniem ojca i chorej matki, jest dla widza niezrozumiały. Film Wajdy doskonale przedstawia też „uroki” codziennego życia w Polsce w tamtych latach.

Reżyser zwykle doskonale radził sobie z obsadą aktorską swoich filmów. Bogusław Linda w roli Strzemińskiego udowodnił, że jest świetnym aktorem. Natomiast trudno coś dobrego powiedzieć o reszcie obsady, która z wysiłkiem zmaga się ze źle napisanymi dialogami. 

Powidoki, reż. Andrzej Wajda, wyk.: Bogusław Linda, Zofia Wichłacz, Andrzej Konopka, Krzysztof Pieczyński, Mariusz Bonaszewski, Szymon Bobrowski, Polska 2016.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • kwazar
    11.02.2017 21:15
    Nie ma co się użalać. Rewolucja zjada swoje dzieci. W sowieckiej Rosji aktywnie wprowadzał i agitował za bolszewizmem. Do Polski uciekł z Kraju Rad w 1921r.
    Tu znajduje się bardzo ciekawy artykuł o naszym bohaterze:
    http://www.pch24.pl/powidoki-pod-powiekami--a-mury-rosna--rosna--rosna-,48950,i.html
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja