Trzeba się pojednać

O naszych strachach, podzieleniu i prostych uczuciach, których nie warto się wstydzić, mówi Muniek Staszczyk.

Reklama

Szymon Babuchowski: Kiedy rozmawialiśmy przy okazji wydania poprzedniej płyty T.Love „Old is gold”, mówiłeś, że bierzesz sobie półtoraroczny urlop. Udało Ci się zrealizować ten plan?

Muniek Staszczyk: I tak, i nie. Troszkę się za bardzo podnieciłem tym czasem wolnym i zamiast pokontemplować spokojnie rzeczywistość, postanowiłem nadrobić zaległości turystyczne. To były fajne wyjazdy: dwa razy Afryka, Kanada, południe Stanów. Ciekawe, ale trochę męczące. Chyba za bardzo kompulsywnie spędziłem ten czas. Wydawało mi się, że jak już ma się wolne, to trzeba się nachapać. Gdybym miał skorzystać z tego jeszcze raz, zrobiłbym to dużo spokojniej.

To znaczy jak?

Teraz bym nie planował. Czas sam pokazuje nam różne rzeczy. Na pewno nie zapisywałbym w kalendarzu krajów, do których planuję wyjechać. Po prostu zostawiłbym to losowi. Nie twierdzę, że te podróże były złe, tylko było ich za dużo i przez to znów wkradł się pośpiech, przed którym uciekałem.

Ale dał Ci coś ten czas? Wzbogacił o nowe doświadczenia?

Na pewno jedną z takich ważnych podróży, w sferze duchowej, było Medjugorie. Mogę powiedzieć, że po bardzo wielu latach poznałem Matkę Boską i Jej działanie. W mojej drodze duchowej była Ona mało obecna i to było coś takiego, jakby syn marnotrawny wrócił do źródła. To wszystko dziwne, bo urodzony jestem w Częstochowie. Cała rodzina od kilku pokoleń tam mieszkała pod egidą klasztoru, a mimo to uważałem, że jeśli już mam się modlić, to mogę sobie pogadać bezpośrednio z Chrystusem. Wcześniej nie dostrzegałem w ogóle obecności Matki Bożej, nie wiedziałem, co to jest Różaniec. Śmiałem się z niego, uważałem za modlitwę zdewociałych babć z częstochowskiej pielgrzymki. W Medjugorie nauczyłem się posługiwać różańcem, poczułem jego moc i miłość Matki Boskiej do nas wszystkich.

Czy „Pielgrzym”, otwierający Waszą nową płytę, to echo tych podróży?

Na „Old is gold” pojawiło się trochę wątków duchowych, na tej płycie, zatytułowanej po prostu „T.Love”, jest ich mniej. To album bardziej o tym, co tu i teraz, ale tematy duchowe faktycznie są obecne w dwóch piosenkach: „Pielgrzym” i „Niewierny patrzy na krzyż”. Tekst „Pielgrzyma” jest metaforą życia, które ma w swojej perspektywie kres. Muzyka, oparta na bluesowym riffie, skojarzyła mi się z ruchem nóg, czyli z wędrowaniem. A ja zawsze takie rzeczy postrzegam też w kategoriach duchowych.

Płyta pokazuje, że ten pielgrzym jest dość mocno zanurzony w świecie, reagujący na bieżące wydarzenia. Śledzisz to, co dzieje się w polityce?

Pracę nad tym albumem zaczęliśmy rok temu. Bieżące wydarzenia, które miały miejsce wtedy i troszkę wcześniej, nie napawały optymizmem. Wiadomo: ataki terrorystyczne w Paryżu, Brukseli, temat uchodźców, ogólny strach – kto jest kim; czy ktoś ucieka z biedy, czy też to są ludzie, którzy chcą rozwalić kontynent. Do tego dochodzi Polska, podzielona bardzo – emocjonalnie i politycznie. Ja o tym wszystkim chciałem napisać, bo T.Love jest zespołem, który zawsze mocno reagował na różne sprawy społeczne. Ale nigdy nie opowiadałem się po żadnej ze stron. To nie wynika ze strachu, tylko jestem po prostu takim typem obserwatora. Chciałem spojrzeć w kilku piosenkach na naszą rzeczywistość jak przechodzień, ktoś z zewnątrz. Oczywiście dostało mi się w internecie z różnych stron. Jedni stwierdzili, że jesteśmy lewakami, inni, że – wręcz przeciwnie – wysługujemy się drugiej stronie. Ludzie sobie niestety bardzo ograniczają horyzont. Nakręcają to media, które trywializują przekaz. Mnie nie chodzi o żaden podział, ja na tej płycie wręcz wołam o pojednanie w tym kraju.

Jest tak bardzo źle?

Może nie mamy jeszcze jakiegoś dramatu. Niektórzy wieszczą, że tu będzie faszyzm – to przesada. Ale ludzie są podzieleni i to mnie po prostu martwi, tak szczerze, bo ja bardzo kocham Polskę. Dlatego chciałem zrobić płytę o tym, co za oknem widać. O polskiej ulicy i o różnych światowych strachach.

W tekście „Bum Kassandra” kreślisz dość przerażającą wizję: „Czuję, że będzie wojna, prawdziwa hekatomba”...

To jest zlepek tych strachów, moich rozmów z ludźmi. I jest tam zapisany mój sen. Rzadko śnią mi się koszmary, z reguły też nie pamiętam snów. Ale raz przyśniło mi się, że dokładnie tu, w warszawskich Włochach, kryjemy się przed jakimś bombardowaniem, a ten dom prawie cały jest zburzony. Chciałem napisać o tym, ale nie po to, żeby kogoś straszyć. Czuję się trochę takim barometrem społecznym. Taki nastrój wyczułem, przynajmniej w moim środowisku. Ciągle słyszałem pytania: gdzie będziemy zwiewać, gdyby np. Putin na Łotwę wszedł? A ty zostajesz? Twoje dzieci będą walczyć? Urodziłem się 18 lat po wojnie i od momentu, kiedy jestem na tym świecie, takich pytań w ogóle nie było.

W „Kwartyrniku” śpiewasz o naszym podwórku: „Ludzie podzieleni są, więc zróbmy tu balangę”. Ale czy to się jeszcze da zrobić?

Coś się takiego stało, jakbyśmy wyssali z mlekiem matki ten podział na dwa światy. Taki nasz polski charakter, że nie potrafimy korzystać z wolności. Te kłótnie nieraz nas gubiły. Oczywiście one są wpisane w demokrację, natomiast poziom nienawiści, nazewnictwa, wylewania pomyj – jest przerażający. Podział na PiS i resztę świata sprawił, że dla wielu z jednej strony istnieje tylko tępy, średniowieczny katol-faszysta, a z drugiej – jakiś zdewiowany lewak, totalnie bez zasad moralnych. Nie ma nic pośrodku; nie ma człowieka, który myśli trochę tak, trochę tak; próbuje to wszystko połączyć. Rodziny, znajomi potrafią nie odzywać się do siebie z powodów politycznych. Czy jest możliwe przeskoczenie tego? Osobiście nie widzę podstaw do aż takiego podziału. Nie ma powodów religijnych, nie mamy też zbyt wielu mniejszości narodowych. Uważam, że jesteśmy krajem, w którym można się dogadać.

W zespole Wam się to udaje?

Jakby taka była Polska, cała Polska, jak nasz zespół, to by było super. Mamy różne poglądy w zespole i na próbach dyskutujemy. Jeden jest bardziej na prawo, drugi bardziej na lewo, ktoś wierzy, inny nie wierzy, ktoś poszukuje. Ale nie mamy problemów, żeby się dogadać. Mamy wspólną rzecz do zrobienia i to jest dla nas najważniejsze. Wiesz, ja jestem gościem, który zawsze jest za pojednaniem, dlatego moje małżeństwo się trzyma. Chociaż potrafimy wyjść do różnych pokoi, kiedy jest ostro, to potem wracamy do jednego. Są ważniejsze rzeczy niż takie drobne bijatyki. Najgorsze są niezałatwione sprawy, brak codziennego miłosierdzia, zrozumienia, odpuszczenia. Ja wiele razy odpuściłem w zespole i nie mam takiego dyrektorskiego mentalu, że mogę wszystkich zwolnić. Uważam, że trzeba poczekać, bo stały zespół lepiej pracuje.

Są też na tej płycie bardzo osobiste teksty – poświęcone żonie i rodzicom. To piosenki pozbawione ironii, którą pamiętamy np. z „Wychowania”, gdzie śpiewałeś: „Dziękuję mamie i tacie za opiekę, za ciepło rodzinne i kłótnie przy kolacji”. Łagodniejesz z wiekiem?

Wczoraj rozmawiałem ze znanym dziennikarzem muzycznym i on mówi: „Fajna ta płyta, ale ty już taki w kapciach jesteś. Tyle zęba miałeś w sobie, a tu o rodzicach śpiewasz? Muniek, ja wiem, że to szczere, ale to tak, jakbyś w oazie śpiewał”. A ja chciałem to zrobić, to są absolutnie świadome ruchy. Jestem wdzięczny, że moi rodzice żyją. Tata ma 82 lata, a mama 78. Cieszę się, że jestem z nimi zupełnie pojednany; że mogłem im jeszcze pokazać trochę świata, zabierając w podróż. Kochamy się, choć były różne momenty w naszym życiu. Nie mieliśmy jakichś dramatów, ale zranienia są w każdej rodzinie. „Wychowanie” było piosenką trochę gorzką, opartą na kontrze. Nie tylko wobec rodziców, ale w ogóle wobec całej rzeczywistości. Tu napisałem pełną afirmację. Była dyskusja w zespole, czy to włożyć na płytę. Bo wydawało się trochę za ckliwe. Ale chciałem, żeby moi rodzice to usłyszeli, że dziękuję im za życie. Słuchaliśmy tej piosenki razem, wzruszyliśmy się we trójkę.

A piosenka dla żony?

Jej pomysł zrodził się na szpitalnym korytarzu. To nie była sprawa zagrażająca życiu, ale przeżywaliśmy to strasznie, bo operacja się przedłużała. Miała trwać dwie godziny, trwała cztery. I zapisałem piosenkę w takiej emocji: co by było, gdyby się coś nie udało? Na szczęście wszystko się udało. Więc można powiedzieć, że te dwa teksty są ckliwe. Ale dlaczego mam się wstydzić rzeczy ważnych dla mnie? Ludzie dzisiaj nie mówią o prostych uczuciach, bo się wstydzą, uważają to za słabość. Potem mają wiele rzeczy w życiu niepozałatwianych, pootwierane rany.

Tekst „Niewierny patrzy na krzyż” to też dość odważne wyznanie w świecie show biznesu.

Pisałem go w czasie, kiedy miałem duży kryzys wiary, bo co jakiś czas on do mnie przychodzi. I zawsze potem pojawia się jakiś dobry wysłannik, i jakoś mi to załatwia. Tym razem byli to ludzie ze Światowych Dni Młodzieży – chcieli, żebym został ambasadorem. Ja w ogóle tego nie chciałem, ale mówię: skoro już przyszli, to pewnie to nie jest przypadkowe. Gdzieś mi wtedy chodził po głowie ten niewierny Tomasz, ten strach apostołów, którzy nagle widzą Chrystusa po zmartwychwstaniu. Pamiętam, że 2 kwietnia, w rocznicę śmierci papieża, byłem w kościele i pomodliłem się z intencją do św. Jana Pawła II, żeby dał mi natchnienie. Żeby ta piosenka nie była pretensjonalna. Tego dnia ksiądz mówił na Mszy o tym, że łatwiej jest nam nieść krzyż ze świadomością krzyża Chrystusa. I że przecież to nie On nam ten krzyż nałożył. Tak właśnie dostałem to natchnienie. Chociaż tekst nie jest jakąś wybitną poezją – to raczej proste, wyciągnięte z Ewangelii fragmenty. Chciałem napisać o tym, co dotyczy każdego z nas. Bo ja tak samo czułem się kompletnie niewiernym Tomaszem i czułem związek z tymi apostołami. Skoro oni mieli wątpliwości – tych dwunastu gości, którzy chodzili z Chrystusem – to co dopiero my, zagubieni, poharatani.

Możesz powiedzieć, że, jak Tomasz, dotknąłeś już tych ran Chrystusa?

Mądrzy mówią, że to się objawia w cierpieniu. Na razie Bóg oszczędził mi dużego cierpienia. Z bliskich, przyjaciół w zasadzie wszyscy żyją; jakichś ciężkich chorób też nie było. Można powiedzieć, że dosyć beztrosko idę przez życie, chociaż jak każdy człowiek mam swoje smutki, żale. Czuję działanie Ducha Świętego, bez jakichś tam wielkich cudów, natomiast ran Chrystusa chyba jeszcze nie dotknąłem. Znam za to ludzi, którzy dotykali tych ran przez cierpienie i opowiadali mi o swoich doświadczeniach. Ostatnio, po jednym ze spotkań, podchodzi do mnie człowiek i mówi: „Jestem alkoholikiem, umieram i nie wiem jeszcze, jak to będzie wyglądało, ale to jest najszczęśliwszy czas mojego życia”. Pytam: „Dlaczego?”. „Bo wyobraź sobie, że się ze wszystkimi pojednałem”. To mnie bardzo zbudowało. Natomiast dla mnie czas jest, póki co, łaskawy. Choć pewnie przyjdzie i czas na zmierzenie się z tym.

Muniek Staszczyk

(ur. 1963) – lider, wokalista i autor tekstów zespołu T.Love.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Więcej nowości

    Reklama