W domach z betonu

Kochamy je za świetną lokalizację, nienawidzimy za nieznośną ciasnotę. Ich powstanie zawdzięczamy jednemu człowiekowi.

Reklama

W większych miastach jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne osiedla. W Warszawie deweloperzy budują je m.in. na Bemowie, Pradze, Woli, Bielanach... Lista miejsc jest długa, a chętnych na zakup nie brakuje. Stolica pęka w szwach, a napływających do niej ludzi trzeba gdzieś ulokować. Klient jest coraz bardziej wymagający, nie zadowoli się już gomułkowskim minimalizmem czy gierkowską wielką płytą. Teraz jest nowocześnie: tarasy, salony, otwarte przestrzenie, podziemne parkingi, a w pobliżu sklepy, żłobki i kawiarnie. Mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że te wszystkie udogodnienia nie są odkryciem ostatnich lat, ale wiernym zrealizowaniem koncepcji architekta, który był inspiracją także dla socrealistów. Urodzony prawie 130 lat temu Le Corbusier odpowiada za wielką rewolucję, która dokonała się w miastach. To właśnie dzięki niemu tak wiele osób mieszka w blokach – według danych Eurostatu w Polsce to ok. 50 proc. obywateli, w Hiszpanii i na Łotwie aż 65 procent. Jak to się stało, że ogromne prostopadłościany, wykonane z betonu, cegły lub innego materiału, opanowały cały świat?

Człowiek przyszłości

Niektórzy nazywają go geniuszem, inni megalomanem, narcyzem, a nawet masonem... Charles-Édouard Jeanneret-Gris urodził się w 1887 r. w szwajcarskim mieście La Chaux-de-Fonds. Jego rodzina żyła w dostatku, a początkujący architekt, który później nazwał sam siebie Le Corbusierem, uczęszczał do średniej szkoły artystycznej. Już wtedy zaczął projektować domy dla znajomych, ale do modernizmu było mu jeszcze daleko. Szukał inspiracji przede wszystkim w sztuce użytkowej ruchu Arts and Crafts oraz w klasycyzmie. Nieco później odkrył amerykańskie budownictwo przemysłowe i jego monumentalne betonowe płyty, ale prawdziwa rewolucja w jego myśleniu o architekturze nastąpiła dopiero w 1917 roku. Wtedy Corbusier przeprowadził się do Paryża i nawiązując relacje z miejscowymi artystami, rozpoczął swój flirt z awangardą.

Cały czas projektował domy dla indywidualnych klientów, miał coraz silniejszą pozycję na rynku, ale to nie zaspokajało jego ambicji – marzył o wielkiej przebudowie europejskich miast. W 1922 r. otrzymał swoją pierwszą szansę: zmagające się z przeludnieniem władze Paryża poprosiły go o nową koncepcję urbanistyczną. Corbusier zaproponował wizję miasta dla 3 mln mieszkańców, z 60-piętrowymi wieżowcami, podobnymi do tych, które widział w Nowym Jorku. W USA lokowano w nich głównie biura, ale Szwajcar marzył, aby pełniły funkcję mieszkalną. Projekt był jednak zbyt nowatorski jak na tamte czasy i został odrzucony.

Corbusier nie poddawał się. Przez kolejne lata pracował nad stworzeniem systemu architektonicznego, który umożliwiłby zaprojektowanie budynku dostosowanego do podstawowych ludzkich ruchów. Tak powstał, inspirowany człowiekiem witruwiańskim Leonarda da Vinci, modulor, którego pierwsze szkice Corbusier przygotował w 1943 roku. Postać mężczyzny mierzącego 183 cm stała się głównym punktem odniesienia w projektowaniu idealnego domu. Duża dłoń modela, sięgająca na wysokość 226 cm, była pomocna przy tworzeniu przestrzeni, w której nowy człowiek miał swobodnie przechodzić przez drzwi czy wygodnie siedzieć na dopasowanej do jego wzrostu kanapie. Twórca modulora musiał poczekać na swój czas jeszcze kilka lat, aż rzeźby przypominające postacie z obrazów Giorgia de Chirica będą towarzyszyć oddawaniu do użytku kolejnych zaprojektowanych przez niego bloków.

Koszary dla wszystkich

Zniszczenia spowodowane II wojną światową w połączeniu z galopującym procesem urbanizacji sprawiły, że dostosowywanie miast do większej liczby ludności stało się nieuniknione. W samej Francji bez dachu nad głową było ok. 4 mln osób, a do metropolii napływali kolejni migranci. Dla Corbusiera przyszedł czas na udowodnienie całemu światu, że jego projekty są nie tylko architektoniczną ciekawostką, ale dziejową koniecznością. Pod wspomnianego modulora zaczął projektować budynek, który nazwał jednostką mieszkaniową (fr. Unité d’Habitation). Pierwszą wersję tzw. maszyny do mieszkania zaprezentował w Saint-Die, które zostało zbombardowane podczas wojny. Bez dachu nad głową znajdowało się tam 20 tys. osób. Przygotował aż 8 wersji projektu, który zakładał zmieszczenie w jednym budynku nawet 2,5 tys. ludzi. Niezadowoleni mieszkańcy odrzucili jego pomysł, ironicznie pytając, czy chciałby, żeby resztę swojego życia spędzili w koszarach.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama