Ze skalpelem nad Chrystusem

– Leczymy niemych pacjentów – mówi Bożena Boba-Dyga, konserwatorka zabytków. – Tak nazywamy obiekty, które do nas trafiają. Musimy je dokładnie przebadać, żeby się dowiedzieć, co im dolega, bo same nie powiedzą.

Reklama

Za każdym razem, gdy planujemy proces konserwacji jakiegoś obiektu, zastanawiamy się, jakie środki wypisać na recepcie, by wrócił do zdrowia – wyjaśnia Boba-Dyga. – Konserwator, jak lekarz, kieruje się zasadą primum non nocere (po pierwsze nie szkodzić). Pilnujemy się, by nie dodawać nic od siebie, ale starać się dotrzeć do pierwotnego zamysłu twórcy. Zastanawiamy się, czy to, co dodali wcześniej inni konserwatorzy, powinno zostać przez nas uszanowane. Poza tym czas to też malarz – nie można go zignorować, bo ma wpływ na estetykę przedmiotów, dzieł sztuki. Nikt nie powinien próbować usuwać śladów cięć na obrazie Matki Boskiej Częstochowskiej. Stały się wartością historyczną i religijną, stanowią jego integralną część.

Na rusztowaniach

Aż do czasów powojennych staroci nie traktowano z należnym im szacunkiem. Nie wykonywano dokumentacji konserwatorskiej, pozwalając sobie na dowolność w pracach renowacyjnych. Konserwacja pod kontrolą zaczęła się około 70 lat temu, kiedy uznano ją za jedną z dyscyplin naukowych. Dziś konserwatorem można zostać po ukończeniu Wydziału Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki na ASP w Krakowie, w Warszawie i na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Boba-Dyga jest absolwentką krakowskiej ASP i już 25 lat pracuje w zawodzie. Marzyła o tym od dziecka, ale dla potwierdzenia wyboru zaraz po maturze w 1985 r. zatrudniła się na kilka miesięcy jako laborantka w pracowni konserwacji malarstwa w Muzeum Historycznym w Krakowie. Okazało się, że to jest to, czego oczekiwała. Dziś ma na swoim koncie ponad 400 kompleksowych prac konserwatorskich przy zabytkowych budynkach na terenie całej Polski i wiele ważnych nagród w tej dziedzinie. Zajmowała się między innymi renowacją ratusza w Bielsku-Białej, 11 budynków przy Rynku Głównym w Krakowie, wnętrz Zamku w Łańcucie. Boba-Dyga jest też kuratorem wystawy „Dzieło konserwatorskie” w Domu Plastyka ZPAP w Krakowie, na której podsumowano wieloletnie dokonania konserwatorskie. – Podziwiamy wspaniałe efekty, ale mało kto pamięta, że aby je osiągnąć, konserwator musi spędzić na rusztowaniach setki godzin – mówi. Na szczęście zimą nie pracują na dworze, bo „medycyna konserwatorska” wymaga odpowiedniej temperatury i wilgoci. Prace na wolnym powietrzu można prowadzić od wiosny do końca września. Ważne, żeby temperatura w ciągu dnia nie spadała poniżej plus pięciu stopni. Jeśli jest niższa, specyfiki konserwatorskie mogą nawet przyczynić się do zniszczeń.

Ukryte tajemnice

Konserwacja kilkusetletnich dzieł, które wielokrotnie były poddawane renowacji, polega na zdejmowaniu z nich kolejnych warstw. Na przykład odnawiane co roku figurki w przydrożnych kapliczkach miewają ich nawet 20. Podczas pracy nad rzeźbą konserwatorzy, jak chirurdzy skalpelem, zdejmują je warstwa po warstwie. Nie używają rozpuszczalnika, żeby nie zniszczyć tego, co ukryte pod kolejną powłoką. Prace nad pochodzącym z pierwszej połowy XVIII w. drewnianym krucyfiksem z kościoła pw. św. Teresy i św. Jana w Krakowie obfitowały w niespodzianki. Zespół konserwatorski przywrócił go do stanu z początku istnienia, czyli późnego baroku.

– Pierwotnie Chrystus był realistyczny, z krwistymi wybroczynami na ciele, które symbolizowały nie tylko cierpienie Zbawiciela, ale i wszystkie ludzkie choroby, które wziął na siebie – opowiada Boba-Dyga. – Podczas konserwacji w XIX w. stwierdzono, że jest na nim za dużo krwi, i „ugrzeczniono” go, przemalowując na jasno. Zostawiono jedynie kilka krwawych strużek. Pracujący dziś nad nim konserwatorzy po zdjęciu dodanych warstw odkryli, że Jezus ma spękany korpus. Ich oczom ukazały się także łączenia elementów, np. rąk. Drzewo ciągle „pracuje”, a w kościele, gdzie wisiał, nie ma stałej temperatury i wilgotności jak na ekspozycjach w muzeach.

Z kolei do niewidocznej dotąd w pełni sygnatury autora: Doménicos Theotocópoulos epopei – a tak podpisywał się El Greco – konserwatorzy dotarli w 2016 r., podczas prac nad bezcennym obrazem jego pędzla: „Ekstaza św. Franciszka”. Na co dzień można go oglądać w Muzeum Diecezjalnym w Siedlcach, ale konserwacji dokonano w Muzeum Narodowym w Krakowie. Przy okazji okazało się, że pierwotnie był o kilka centymetrów większy. Prawdopodobnie kiedy krawędzie płótna uległy zniszczeniu, ktoś dla wygody zawinął je.

Recykling z tradycją

Praca konserwatora obfituje w niespodzianki. Trzy lata temu zespół Boby-Dygi dostał do konserwacji dwa XIX-wieczne konfesjonały z kościoła św. Marka Ewangelisty w Krakowie. – Mieliśmy zdjąć warstwę fladrowania, czyli rysunku słojów na drewnie, żeby wzmocnić je impregnacją, nałożyć nowe grunty i zrobić rekonstrukcję fladrowania – opowiada. – Staranny konserwator zawsze zaczyna od badań – dodaje. Po ich wykonaniu na jednym z konfesjonałów wyłonił się ornament. To on doprowadził ich do odkrycia, że to pochodzący z przełomu wieków XVI i XVII renesansowy tron prepozyta Zakonu Kanoników Regularnych od Pokuty pw. Świętych Męczenników, który w XIX w. przerobiono na konfesjonał. – To przykład na to, że recykling istniał od wieków – podkreśla konserwatorka. Po kasacji zakonu kanoników tron stał się niepotrzebny, ale go nie wyrzucono, tylko zmieniono jego funkcję. Konserwatorzy mieli pracować nad konfesjonałami kilka miesięcy, a skończyło się na dwóch latach.

Najwięcej skarbów konserwatorzy znajdują w klasztorach, zwłaszcza żeńskich klauzurowych. Sporo niespodzianek kryją też cmentarze. Fascynujące barwy marmuru odkryli odnawiający sarkofag Heinricha Aebly, w którym w 1816 r. został pochowany sędzia trybunału handlowego w Krakowie oraz radca przysięgły kantonu Glarus w Szwajcarii. Grobowiec znajdujący się na cmentarzu Rakowieckim wyglądał, jakby był z betonu. Okazało się, że to wynik kontaktu z zanieczyszczonym powietrzem. Marmur w zetknięciu z tlenkami siarki zmienił się w sól siarkową, czyli gips. Po zeszlifowaniu szarej warstwy oczom konserwatorów ukazało się kilka rodzajów marmuru i alabastru.

Jak u kosmetyczki

Prace nad konserwacją wzniesionego w 1901 r. Pałacu Sztuki w Krakowie, uznanego za perłę secesji, to jedno ze spełnionych marzeń Boby-Dygi. Ilekroć wychodziła z Plant, myślała, że chciałaby się nim zająć. Ze swoim zespołem zrewitalizowała go z naddatkiem, bo udało im się uzupełnić brakujące złoto na płaskorzeźbionym fryzie Jacka Malczewskiego. Podczas budowy nie wystarczyło na nie finansów. Teraz pod dachem budynku można obejrzeć wyrazistą historię artysty spełnionego, który zdobył sławę i otrzymuje laur zwycięstwa, oraz niespełnionego, który jej nie uzyskał i został obdarowany palmą męczeństwa. Boba-Dyga jest poetką, więc bardzo prawdziwa wydaje jej się ta przypowieść o losach twórcy.

Nieopodal stoi przyciągający wzrok Dom pod Globusem, wzniesiony w latach 1904–1906, dziś będący siedzibą Wydawnictwa Literackiego. Widać, jak odżył, kiedy poddano konserwacji spoinę między cegłami ścian. – Cegła nie miała szansy dotrwać do naszych czasów w pierwotnym stanie – tłumaczy Boba-Dyga. – Zawarte w powietrzu siarczany niszczą warstwę spieku i otwierają porowaty czerep, który koroduje – dodaje. Konserwatorzy czyszczą cegły niczym kosmetyczki twarze: za pomocą termopary albo strumieniowo-ściernie. Do ich odświeżania używają między innymi „peelingu” – ścierniwa z mielonych łupin orzechów kokosowych.

Bardzo rzadko zachowuje się wnętrze z kompletnym wyposażeniem, tak jak stanowiąca centralne miejsce Domu pod Globusem Sala Posiedzeń, zaprojektowana przez samego Józefa Mehoffera. Wykonał on malowidła na ścianach, meble o motywach ludowych, dębowy parkiet, witraże i obraz olejny „Ujarzmienie żywiołów”. – Nie przez przypadek dawniej solidnych rzemieślników nazywano mistrzami – mówi Boba-Dyga. Ze smutkiem przyznaje, że dziś wielu zleceniodawców projektów nie cieszy się z konserwatorskich odkryć: – Kiedyś, gdy coś odkryłam, było oczywiste, że pojawią się środki na konserwację. Dziś nieraz bywa, że nikt się naszym odkryciem nie interesuje – mówi. Niedawno podczas renowacji kamienicy w Krakowie trafiła na barokowe stropy belkowe. „Co też nam pani wynalazła, damy pani to próchno” – usłyszała od kierownika budowy. Dla nich to był kłopot, bo wiedzieli, że prace się przedłużą i będą więcej kosztować. A przecież na zabytki trzeba „chuchać i dmuchać”, bo pokazują naszą historyczną tożsamość, służą edukacji i są atrakcją turystyczną, na której państwo może zarabiać.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama