Piękne czy słuszne?

Jaki dialog między Kościołem i światem sztuki jest dziś możliwy? Czy chrześcijaństwo jeszcze w ogóle inspiruje artystów?

Reklama

To pytania, które stawiają sobie autorzy książki „Sztuka polska a Kościół dzisiaj”, nagrodzonej właśnie Feniksem – laurem przyznawanym przez Stowarzyszenie Wydawców Katolickich – w kategorii „sztuka”.

Głusi na sacrum

Pytania postawione w publikacji pod redakcją ks. prof. Witolda Kaweckiego wydają się szczególnie ważne w czasach, gdy rozejście się dróg świata artystycznego z Kościołem przybiera nieraz bardzo bolesne formy. Skrajnymi przykładami są spektakle „Klątwa” czy „Golgota Picnic”, stworzone wprawdzie przez zagranicznych autorów, ale wystawiane i szeroko dyskutowane u nas. Proces owego rozejścia jest bowiem zjawiskiem globalnym. Zdaniem abp. Gianfranco Ravasiego, przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Kultury, artyści odłożyli na „zakurzoną półkę zapomnienia” wielki kod naszej sztuki, „ikonograficzny atlas przez wieki wertowany”, jakim jest Biblia. W ten sposób stali się głusi na sacrum.

Czy jednak winę za tę sytuację ponoszą tylko artyści? 8 lat temu grupa artystów i teologów napisała do Benedykta XVI list, w którym skrytykowała m.in. stan współczesnej architektury sakralnej oraz poziom muzyki rozbrzmiewającej w kościołach. Sygnatariusze przywołali wówczas słowa kard. Gabriele Paleottiego, który już ponad 400 lat temu zwracał uwagę na nadużycia związane ze sferą sztuki kościelnej: „Wydaje nam się, że nadużyć nie daje się zbyt łatwo przypisać błędom, które artyści popełniają podczas tworzenia obrazu, lecz błędom tych władców, którzy zlecają artystom i zaniedbują to, aby artystom tak zlecić wykonanie dzieła, aby powstało dzieło takie, jakie być powinno. Ci władcy są prawdziwymi przyczynami nadużyć, gdyż wynikają one z tego, że artyści realizują tylko polecenia, które im się wydaje”.

Artysta stwarza świat

Trudno wskazać dokładnie moment w historii, w którym drogi sztuki i sacrum zaczęły się rozchodzić. Zdaniem Stanisława Niemczyka, wybitnego twórcy architektury sakralnej, korzeni tego procesu należy szukać jeszcze w renesansie, kiedy to ludzie coraz silniej zaczęli się skłaniać ku materializmowi. Z biegiem wieków to zjawisko pogłębiało się, na co z kolei Kościół reagował rosnącą nieufnością wobec świata artystów.

W XX wieku przepaść okazała się tak duża, że, jak pisze we wstępie do książki ks. prof. Kawecki, „nowy dialog Kościoła ze światem kultury był swoistą dziejową koniecznością”. Podstawy tego dialogu stworzył Sobór Watykański II, wyrażając w konstytucji „Gaudium et spes” przekonanie, że Ewangelia potrzebuje kultury, a kultura potrzebuje Ewangelii. Myśl tę rozwinął św. Jan Paweł II w „Liście do artystów”, dostrzegając w twórczości artystycznej „przedłużenie” procesu stworzenia świata, opisanego w Księdze Rodzaju. „Nikt nie potrafi zrozumieć lepiej niż wy, artyści, genialni twórcy piękna, czym był ów pathos, z jakim Bóg u świtu stworzenia przyglądał się dziełu swoich rąk. Nieskończenie wiele razy odblask tamtego doznania pojawiał się w waszych oczach, artyści wszystkich czasów, gdy zdumieni tajemną mocą dźwięków i słów, kolorów i form, podziwialiście dzieła swego talentu, dostrzegając w nich jakby cień owego misterium stworzenia, w którym Bóg, jedyny Stwórca wszystkich rzeczy, zechciał niejako dać wam udział” – pisał papież.

Popularna, nieprofesjonalna?

Warto jednak zapytać, czy zalecenia soboru i słowa Ojca Świętego zostały w naszym kraju dobrze przemyślane – zarówno przez kościelnych hierarchów, jak i samych artystów. Próbą odpowiedzi na to pytanie są kolejne rozdziały książki „Sztuka polska a Kościół dzisiaj”, poświęcone różnym dziedzinom sztuki: teatrowi, sztukom wizualnym (zwłaszcza filmowi), muzyce, malarstwu, rzeźbie, architekturze przestrzeni publicznej i architekturze sakralnej. Zastanawiające jest w tym zestawie całkowite pominięcie literatury. Czyżby miał to być mimowolny symptom niedoceniania tej dziedziny sztuki przez ludzi Kościoła? Byłaby to wielka szkoda, bo przecież właśnie we współczesnej literaturze polskiej, zwłaszcza w poezji (Wojciech Wencel, Krzysztof Koehler, Przemysław Dakowicz, Wojciech Kudyba i wielu innych), znaleźć można wiele przykładów zbliżenia światów wiary i kultury.

Z kolei muzyka została tu zawężona do klasyki i muzyki liturgicznej, co też wydaje się pewną niekonsekwencją. Jeżeli bowiem za sztukę uznajemy kino, będące przecież częścią popkultury, wypadałoby także przyjrzeć się zjawisku muzyki popularnej inspirowanej chrześcijaństwem. Być może brak rozdziału jej poświęconego wynika z poglądu, który na kartach książki artykułuje prof. Andrzej Zając, że „odnowiona muzyka, czyli muzyka z gruntu popularna, popierana nośnym hasłem racji duszpasterskich, zajęła miejsce muzyki profesjonalnej. Dzięki temu rozpanoszyła się w naszych świątyniach modna i ciągle zmienna amator­szczyzna”. Jednak o ile można się zasadniczo zgodzić, że amatorszczyzna wdarła się do kościołów wraz z muzyką popularną, to utożsamienie tych pojęć wydaje się jednak sporym uproszczeniem. Popularność nie wyklucza przecież profesjonalizmu, a z kolei „klasyczność” wcale go nie gwarantuje.

Bez propagandy

Muzykę popularną, będącą nierzadko ważnym elementem ewangelizacji, warto byłoby również uczynić przedmiotem poważnego zainteresowania Kościoła i znaleźć dla niej godne miejsce – oczywiście nie w liturgii, ale w przykościelnej przestrzeni. Zwłaszcza że granice między sztuką wysoką a popkulturą bywają dość płynne. Bo czy np. twórczość Magda.leny Frączek, Owcy albo 2Tm2,3 nie wykracza daleko poza sztywno wytyczone ramy „rozrywki”?

Sztuka ze swej natury wymyka się kanonom. Jednym z powodów słabości dzisiejszej sztuki sakralnej jest właśnie to, że „zamawiający”, którymi są najczęściej proboszczowie, nie szukają w niej rozwiązań ciekawych, nowatorskich, ale „słusznych”. Przestrzegał przed tym już w pierwszej połowie XX wieku francuski filozof Jacques Maritain: „Jeżeli chcecie stworzyć dzieło chrześcijańskie, bądźcie chrześcijanami i szukajcie sposobu stworzenia dzieła pięknego, w które przejdzie wasze serce; nie starajcie się »robić po chrześcijańsku«”.

To kwestia priorytetu: artysta nie powinien podporządkowywać swojego dzieła ewangelizacji, bo w ten sposób będzie miało ono jedynie charakter propagandowy, a sztuka tego nie znosi. Jeśli natomiast prawdziwy chrześcijanin użyje całego swojego talentu i warsztatu do tworzenia pięknych rzeczy, to w naturalny sposób nabiorą one cech chrześcijańskich. Wtedy także ewangelizacja będzie bardziej skuteczna.

Teatr przyklejonych bród

Niestety, wykorzystując sztukę w praktyce duszpasterskiej, rzadko sobie tę prawdę uświadamiamy. Mówią też o tym celnie autorzy poszczególnych rozdziałów książki „Sztuka polska a Kościół dzisiaj”. W świetnym tekście ks. prof. Marka Lisa, poświęconym dialogowi Kościoła ze światem kinematografii, czytamy, że „praktyka wykorzystania filmów o tematyce biblijnej zdaje się dość rozpowszechniona wśród katechetów naiwnie (...) powierzających uczniom treści teologicznie błędne, lecz przekazywane w atrakcyjnej formie. (…) Tego rodzaju filmy – podszywające się pod Biblię, niepoprawne teologicznie, oparte na nieprzekonujących scenariuszach, słabe artystycznie – nie powinny trafiać do obiegu duszpasterskiego. Kicz w sztuce, uwodzący wielu, jest nie tylko bezużyteczny, ale wręcz szkodliwy”. Z drugiej strony autor zwraca uwagę, że twórczość takich reżyserów jak Krzysztof Kieślowski czy Krzysztof Zanussi, poważnie traktujących pytania o Boga i kwestie etyczne, nie doczekała się zasłużonego zainteresowania na poziomie refleksji teologicznej.

O ile jednak w przypadku kina możemy mówić o pewnych formach dialogu sztuki i Kościoła, to np. w dziedzinie teatru nie widać go prawie wcale. Teza prof. Jacka Kopcińskiego, autora rozdziału poświęconego tej dyscyplinie, brzmi bardzo mocno: „Teatr odwrócił się od Kościoła, zasadniczo nie czerpie z jego nauczania i działalności żadnych inspiracji”. Dominujący nurt teatru krytycznego, nacechowany ateizmem, okazuje się wręcz wrogi Kościołowi, a głównym „środkiem wyrazu” staje się w nim nierzadko profanacja. Z drugiej strony w dziedzinie teatru Kościół ma do zaoferowania niewiele poza tradycyjnymi przedstawieniami jasełkowymi czy pasyjnymi. „Jesteśmy w teatrze kolorowych kostiumów, peruk i przyklejonych bród” – ubolewa badacz.

Google nie reaguje

Oczywiście prof. Kopciński wymienia też w swoim tekście ciekawe zjawiska scenicznego dialogu z chrześcijaństwem, jednak większość z nich (może poza Sceną Plastyczną KUL i Scholą Teatru Węgajty) pozostaje poza głównym nurtem teatralnym. Warto zapytać, dlaczego tak się dzieje. Po części odpowiedź na to pytanie można znaleźć w samym artykule: „Na hasło »Kościół katolicki – stypendia artystyczne« wyszukiwarka Google nie reaguje. Czy to oznacza, że Kościół nie stworzył w Polsce centralnej instytucji, która zajmowałaby się wspieraniem działań artystycznych? Wydaje mi się, że nie, a istnienie takiej instytucji z pewnością mogłoby pomóc w inicjowaniu ambitnych projektów (…)” – pisze prof. Jacek Kopciński.

Przez wieki Kościół był mecenasem sztuki, dziś często można w nim spotkać przekonanie, że artyści powinni tworzyć za „Bóg zapłać”. I to też jest jedna – choć oczywiście niejedyna – przyczyna słabości dużej części współczesnej sztuki sakralnej. Ale na szczęście są w niej nadal także dzieła i zjawiska wybitne, które autorzy książki „Sztuka polska a Kościół dzisiaj” świetnie wyławiają. Dzięki temu może ona stać się też czymś w rodzaju przewodnika dla ambitnych duszpasterzy. Z pewnością zaś powinna skłonić do refleksji tych, którzy za kształt sztuki sakralnej odpowiadają. 

  Sztuka polska a Kościół dzisiaj red. ks. prof. Witold Kawecki, Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2016, ss. 364

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama