La La Land

Ponoć najlepszym recenzentem na świecie jest czas. To po jego upływie dowiadujemy się tak naprawdę, które dzieła na dobre wchodzą do historii kina, zostają z widzami na zawsze.

Reklama

„Casablanca”, „Przeminęło z wiatrem”, „Deszczowa piosenka”… - któż z nas nie zna tych tytułów? Czy niegdyś taaaaakim filmem będzie również „La La Land”, który właśnie ukazał się u nas na DVD? Kto wie… Całkiem możliwe. Wszak to dzieło niebanalne, dla wielu (już!) kultowe, a i świetnie oddające ducha naszych czasów.

Mam tu na myśli przede wszystkim nostalgię. To ona dominuje ostatnio (jest wszechobecna) w kulturze. To wręcz „cecha naszego dzisiejszego społeczeństwa świata Zachodu i właściwie znak naszych czasów” – pisze Dawid Rydzek w tekście „Powrót do przeszłości” z najnowszego numeru EKRANów.

Także „La La Land” przepełniony jest nostalgią. Za starymi dobrymi czasami, za złotą erą Hollywood, gdy na ekranach królowali Huphrey Bogart, Ava Gardner, Ingrid Bergman, czy Burt Lancaster. Już w pierwszej piosence tego nagrodzonego sześcioma Oscarami musicalu słyszymy przecież o mocy filmu, rozpalającej mrok sali kinowej.

Reżyser i scenarzysta „La La Landu, Damien Chazelle, fantastycznie ukazuje na ekranie swoistą mitologię Hollywood i kult, jakim otacza się dziś dawne gwiazdy, filmy i miejsca, w których odbywały się zdjęcia.

Główna bohaterka filmu, grana przez Emmę Stone, ma np. w domu wielką fototapetę z Ingrid Bergman, do kina wybiera się na „Buntownika bez powodu” z Jamesem Dean’em, zaś w trakcie randki odwiedza obserwatorium astronomiczne, na terenie którego w 1955 roku Nicholas Ray kręcił ów słynny film. Na ekranie zobaczyć możemy także okno, z którego na planie „Casablanki” wyglądali Bogart i Bergman, czy słynne murale z Los Angeles, zapełnione dawnymi gwiazdami Fabryki Snów.       

Okno… Bohaterka czci je niemal tak samo, jak pielgrzymi odwiedzający Kraków i przystający pod papieskim oknem na Franciszkańskiej. A wspomniane murale? Czyż nie mają one czegoś wspólnego z freskami, czy mozaikami ukazujących naszych świętych i proroków?

Pisałem już kiedyś o wyznawcach jediizmu, którzy zamiast świętych ksiąg mają święte filmy (chodzi rzecz jasna o „Gwiezdne Wojny”). Ale czy przypadkiem podobnie nie jest z kinofilami? Jeszcze trochę, a w którymś z kolejnych nostalgiczno-autotematycznych filmów twórcy objawią nam jakiegoś boga kina, który będzie się zwał Cinemus i mieszkał na świętej górze, widniejącej w logo wytwórni Paramount… Ale żarty (?) na bok. Wróćmy do obrazu Chazelle’a.

„La La Land” to także jeden z tych rzadkich filmów, na które fani chodzili do kina po kilka-kilkanaście razy z rzędu. Kiedy ostatnio mieliśmy do czynienia z takim szaleństwem? Chyba przy „Amelii” Jean-Pierre Jeunet’a z 2001 roku.

I jest jeszcze coś. Najprawdziwsze love story. Nie wątek miłosny, który pojawia się w każdym hollywoodzkim filmie, ale uczucie, które w przekonujący sposób potrafią na ekranie ukazać główni bohaterowie. Ryanowi Gosling’owi i Emmie Stone się to udało. Oglądając ich, momentalnie w myślach pojawiają się wielkie, ekranowe pary Hollywood, takie jak wspomniani już Bogart i Bergman, ale także Vivien Leigh i Clark Gable z „Przeminęło z wiatrem”, czy Julie Christie i Omar Sharif z „Doktora Żywego”. Kto by pomyślał, że w dzisiejszych czasach będzie to możliwe…

*

Tekst z cyklu Filmy wszech czasów

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| FILM, KULTURA

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama