Wodecki łączy pokolenia

Życzliwy, wrażliwy człowiek i znakomity, wszechstronny artysta – o Zbigniewie Wodeckim nikt właściwie nie mówi inaczej. Po śmierci piosenkarza facebookowe profile zapełniły się zdjęciami artysty i filmami z jego muzyką. Pewnie nawet nie przypuszczał, że zostawił po sobie tyle dobrych wspomnień.

Reklama

Większość ludzi kojarzyła go z największymi hitami: „Pszczółką Mają” czy „Chałupami”, ale jego repertuar był niezwykle bogaty i do dziś duża część tego dorobku pozostaje nieodkryta. Choć i to się zmienia. Dzięki współpracy artysty z zespołem Mitch & Mitch twórczość Zbigniewa Wodeckiego od kilku lat przeżywa niezwykły renesans. Słuchają jej starzy i młodzi, a hasło „muzyka łączy pokolenia” w tym przypadku nabiera wyjątkowej mocy. Ale to tylko jedna z przyczyn poruszenia, jakie nad Wisłą wywołała śmierć muzyka.

Nie miał wrogów

– Wspaniały, wyjątkowy, dobry człowiek, wielki artysta, niezwykle utalentowany muzyk – mówi o nim wokalista Andrzej Lampert, dziś ceniony śpiewak operowy, występujący na wielu europejskich scenach. Wodeckiemu zawdzięcza wiele, bo dostrzeżony został w telewizyjnym show „Twoja droga do gwiazd”, prowadzonym właśnie przez krakowskiego artystę. – Był osobą bardzo otwartą na innych – taką, z którą chciało się przebywać. Nie boję się stwierdzić, że to człowiek, którego nikt nie zastąpi – mówi Lampert.

Ks. Zdzisław Ossowski, dyrektor Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Gospel Camp Meeting, przyjaźnił się z Wodeckim od dwudziestu lat. – On nie miał wrogów – twierdzi. – Choć jego relacje towarzyskie zawsze były okraszone humorem, nigdy nikogo nie uraził. Miał ogromny szacunek także do tych, którym się w życiu nie powiodło. Pamiętam, jak pięknie wypowiadał się o Violetcie Villas po jej śmierci.

Ostatni raz widzieli się całkiem niedawno, przy okazji koncertu Wodeckiego w Poznaniu. Zjedli razem pierogi, które muzyk – wbrew temu, co się czasem mówi o skąpstwie krakowian – postawił. – Podczas koncertu Zbyszek wciągnął na scenę Zdzisławę Sośnicką, która miała wcześniej długą przerwę w śpiewaniu – opowiada dyrektor festiwalu gospel. – Taki był zawsze: życzliwy, wrażliwy na drugiego człowieka.

– Pogodny, o wielkim poczuciu humoru, pełen dystansu do siebie i zawodu, który wykonywał – dodaje Andrzej Lampert. Artysta nie tylko śmiał się z żartów na temat jego charakterystycznej burzy włosów, ale sam je często opowiadał! Choć „Pszczółka Maja” nie była bynajmniej szczytem jego muzycznych ambicji, to poproszony przez publiczność o jej zaśpiewanie, zwykle nie odmawiał. „No dobra, muszę zaśpiewać, bo mnie zamordują” – machał tylko ręką. Innym razem zapowiadał, że teraz wykona znaną arię zaczynającą się od słowa „tę”. Po czym intonował: „Tę pszczółkę…”.

Arcydzieła piosenki

Karierę muzyczną zaczynał jako nastolatek. Pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku grał w Piwnicy pod Baranami i zespole Anawa. Można go zobaczyć m.in. w czarno-białym klipie do piosenki „Niepewność” Marka Grechuty. Potem przez kilka lat akompaniował Ewie Demarczyk. Jako piosenkarz debiutował w 1972 r. na festiwalu w Opolu, a rok później ukazał się jego krążek „Tak to Ty” z czterema piosenkami. Jednak pierwszą długogrającą płytę wydał dopiero w 1976 r. Album, zatytułowany po prostu „Zbigniew Wodecki”, do niedawna był znany niemal wyłącznie koneserom. Jednak to właśnie tą płytą zachwycili się członkowie zespołu Mitch & Mitch, którzy postanowili nagrać zapomniany materiał na nowo. W tym celu zaprosili do współpracy nie tylko samego Wodeckiego, ale także orkiestrę złożoną z 43 osób. Artysta wspominał z uśmiechem, że początkowo nie był pewny, czy młodzi muzycy nie stroją sobie z niego żartów.

Całość, zatytułowaną „1976: A Space Odyssey”, zrealizowano podczas dwóch, wyprzedanych na pniu, koncertów w Studiu im. Witolda Lutosławskiego w Warszawie. Wyszedł z tego album niezwykły, brzmiący zaskakująco świeżo, a przede wszystkim uderzający pięknem melodii i harmonii. Część tych kompozycji, w tym wytypowane na singiel „Rzuć to wszystko, co złe”, ze słowami Leszka Długosza, jest dziełem samego Wodeckiego.

Wielu słuchaczy, podziwiając wybitnego wokalistę, nie zdaje sobie zapewne sprawy z tego, że to on napisał muzykę do takich utworów jak „Zacznij od Bacha”, „Z tobą chcę oglądać świat” czy „Lubię wracać tam, gdzie byłem”. Każdą z nich śmiało można nazwać arcydziełem w dziedzinie piosenki. Dodajmy, że teksty dla Zbigniewa Wodeckiego pisali najlepsi: oprócz wspomnianego Długosza m.in. Jonasz Kofta czy Wojciech Młynarski.

Ale Wodecki nie tylko śpiewał i komponował. Świetnie przecież grał na skrzypcach i na trąbce. Był artystą „pełnym” – takim, jakich dziś już się prawie nie spotyka. Jego wszechstronność, duża skala głosu i solidne wykształcenie muzyczne sprawiały, że mógł zaśpiewać niemal wszystko: od drapieżnych, rockowych dźwięków („Chłop wiosną”), przez dancingowe „Chałupy welcome to”, po pełne liryzmu ballady, w których czuł się chyba najlepiej.

Ciągle się spieszył

W jego szerokim repertuarze znajdowały się świetne partie z „Nieszporów Ludźmierskich”, napisanych przez Jana Kantego Pawluśkiewicza do słów Leszka Aleksandra Moczulskiego. Artysta wielokrotnie brał też udział we wspomnianym festiwalu gospel Camp Meeting, odbywającym się najpierw w Osieku, a następnie w Gniewie. – Zbyszek nigdy nie stronił od koncertów religijnych – podkreśla ks. Zdzisław Ossowski. – Jeśli był to występ związany z liturgią, to zawsze uczestniczył w jej całości, nawet gdy miał do wykonania tylko jeden utwór.

Ksiądz Ossowski współpracował także ze Zbigniewem Wodeckim podczas sześciu dużych koncertów telewizyjnych, organizowanych z okazji jubileuszy Jana Pawła II. Z tym repertuarem muzycy objeżdżali potem całą Polskę. Wodecki nie tylko był wykonawcą tych koncertów, ale udzielał się też jako kompozytor. Z kolei w programie „Święty. Artyści Janowi Pawłowi II” przejmująco wykonał kompozycje Włodzimierza Korcza do słów Moniki Partyk – „To nie jest śmierć” i „Jestem ponad”. Poza tym nigdy – o ile tylko czas i okoliczności na to pozwalały – nie odmawiał udziału w imprezach charytatywnych.

Z pewnością nie był postacią pomnikową. Nie stronił od używek, również o jego życiu prywatnym krążyły rozmaite legendy. Trudno powiedzieć, ile w nich prawdy, ale jedno da się potwierdzić na pewno: przez 46 lat – czyli aż do śmierci – był mężem jednej żony. Jednak dziś, kiedy myśli się o nim, to głównie w kontekście tej radości, którą dawało obcowanie z jego muzyką. Kiedy umarł, facebookowe profile zapełniły się jego zdjęciami i filmami z jego muzyką. Pewnie nawet nie przypuszczał, że miał aż tylu fanów we wszystkich pokoleniach i że zostawił po sobie tyle dobrych wspomnień.

– Ciągle zabiegany, zawsze gdzieś się spieszył – wspomina ks. Zdzisław Ossowski. Tym razem pospieszył się jakby trochę za bardzo. Na ten rok zaplanowana była trasa koncertowa „Mój jubileusz”, podczas której świętować miał 45-lecie solowej działalności. Nikt nie przypuszczał, że będzie tę rocznicę obchodził już w innym świecie. Koncerty jednak mają się odbyć jesienią – pod hasłem „Twój jubileusz”. Trwają właśnie prace nad scenariuszem i obsadą koncertów. Z pewnością będzie wielu chętnych, by podziękować artyście za piękno, które nam dawał. 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Więcej nowości

    Reklama