Samouk w Hollywood

Pokolenie dzisiejszych 30-latków ma ogromny sentyment do „Króla Lwa”. Animacja nie cieszyłaby się jednak tak dużą popularnością, gdyby nie wzruszająca muzyka Hansa Zimmera.

Reklama

Pod koniec maja wystąpił w Polsce trzykrotnie: w Gdańsku, Łodzi i Krakowie. Hale pękały w szwach, a zadowolony artysta powtarzał, że uwielbia naszą publiczność, która żywiołowo reaguje na jego koncerty. Nic dziwnego, to zawsze widowiska przygotowane z ogromnym rozmachem. Na scenie oprócz kompozytora pojawiają się orkiestra, chór i kilkunastoosobowy zespół, a występowi towarzyszy gra kolorowych świateł. Podczas drugiej minitrasy koncertowej niemieckiego kompozytora w Polsce (po raz pierwszy przyjechał do nas rok temu) nie zabrakło jego najlepszych utworów oraz ścieżek dźwiękowych, m.in. do „Pearl Harbor”, „Sherlocka Holmesa” czy „Piratów z Karaibów”. Zimmer miał z czego wybierać: do tej pory napisał muzykę do ok. 150 filmów. Ponadtrzydziestoletni dorobek twórczy robi duże wrażenie, a słuchacz zaczyna go doceniać jeszcze bardziej, kiedy dowiaduje się, że człowiek, którzy trzęsie całym Hollywood, nie ukończył żadnej szkoły muzycznej. – Dla muzyka najważniejsze jest nauczenie się słuchania, a nie opanowanie gry na jakimś instrumencie. Inspiracja pochodzi od innych – tłumaczył Zimmer w jednym z wywiadów.

Na scenie łódzkiej Atlas Areny zabrzmiały dźwięki, którymi rozpoczyna się soundtrack do „Króla Lwa”. Lebohang Morake z całych sił wyśpiewał chyba najbardziej charakterystyczny motyw animacji Disneya, a później już nieco spokojniej przeszedł do kolejnych zwrotek utworu „Circle of life”. – Gdy go spotkałem, zarabiał na życie, myjąc samochody. Ktoś mi powiedział, że ma świetny głos i zna się na muzyce, zwłaszcza afrykańskiej, bo pochodzi z RPA – opowiadał Zimmer o współpracy z wokalistą. Kompozytor miał nosa. Lebo M. bez wątpienia przyczynił się do tego, że „The Lion King” w 1995 r. zdobył Oscara w dwóch kategoriach: najlepsza oryginalna muzyka filmowa oraz najlepsza oryginalna piosenka filmowa. Hans Zimmer od początku wiedział, że odpowiedni dobór współpracowników to połowa sukcesu, a reszta to trochę talentu i umiejętność sprawnego posługiwania się komputerem.

Spec od syntezatorów

Kim jest Hans? W filmie dokumentalnym „Hans Zimmer Revealed” kompozytor odpowiedział na to pytanie bardzo konkretnie. – Gościem z Niemiec, który uparcie chciał grać muzykę. Nigdy nie myślałem o karierze, nie chciałem tworzyć dla pieniędzy – przekonywał.

Urodził się w 1957 r. we Frankfurcie nad Menem. Tata był inżynierem, a o jego matce wiadomo tylko tyle, że miała świetny słuch. To właśnie po niej Hans miał odziedziczyć talent muzyczny. Kiedy miał sześć lat, za namową rodzicielki rozpoczął lekcje gry na fortepianie. Wierzył, że nauczyciel szybko sprawi, iż to, co usłyszy, będzie w stanie z łatwością zagrać. Rzeczywistość szybko zweryfikowała ten błędny sposób myślenia. – Nie miałem pojęcia, że wymaga to wielogodzinnych ćwiczeń i opanowania czytania nut – wspominał po latach Zimmer. Przyszły kompozytor był wyjątkowo trudnym uczniem, dlatego jego praca z nauczycielem zakończyła się już po dwóch tygodniach. Mały Hans dalej uczył się samodzielnie.

W domu nie było telewizora, rodzice uważali go za diabelski wynalazek. Kiedy Hans miał 12 lat, pierwszy raz poszedł do kina. Co ciekawe, wrażenia nie zrobił na nim sam obraz, ale towarzysząca mu muzyka. W końcu ścieżki dźwiękowej do „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” nie napisał byle kto – Ennio Morricone zawładnął sercem nastolatka. W tworzeniu muzyki Zimmer do dziś kieruje się zasadą włoskiego mistrza: nie siada do pisania, dopóki nie wymyśli dobrej melodii.

Zanim młody Hans rozpoczął karierę kompozytora, wyjechał na studia do Londynu. Na miejscu, współpracując z zespołem The Buggles, zakochał się w syntezatorowych brzmieniach lat 80. Znajomi z tamtego okresu wspominają go jako długowłosego chłopaka w skórzanej kurtce, który nie rozstawał się ze sprzętem produkowanym przez Rolanda. Wówczas ze swoimi „zabawkami” Zimmer wyrobił sobie w środowisku opinię fachowca od muzyki elektronicznej. Dostrzegł to także kompozytor Stanley Myers, który postanowił wziąć młodego artystę pod swoje skrzydła.

Droga do sławy

– Przez kilka lat byłem jego asystentem. Myers pokazał mi, jak pracuje się z orkiestrą. Sam nie mam przecież żadnego formalnego wykształcenia muzycznego – opowiadał Zimmer. Wspólnie z doświadczonym kompozytorem napisał muzykę do filmu Jerzego Skolimowskiego pt. „Fucha”. To właśnie kontakt z polskim reżyserem stał się przepustką do kariery w Hollywood. Dzięki niemu świeżo upieczony kompozytor został zauważony w filmowym świecie. Jego znakiem rozpoznawczym stało się łączenie klasycznych orkiestrowych aranżacji z syntetycznymi brzmieniami. W kolejnych latach rozwój technologii sprawił, że głównym narzędziem pracy niemieckiego muzyka stał się komputer.

Praca nad ścieżką dźwiękową do „Króla Lwa” była dla Zimmera formą autoterapii po trudnych przeżyciach z dzieciństwa. – Była w tym tragiczna opowieść o martwym ojcu i osieroconym dziecku. Znałem ją aż nadto dobrze. Mój ojciec umarł, gdy miałem sześć lat – wspominał. Efekt końcowy zadedykował wówczas sześcioletniej córce.

Po otrzymaniu Oscara za „The Lion King” z Hollywood posypały się kolejne zlecenia na ścieżki dźwiękowe, m.in. do „Karmazynowego przypływu”, „Twierdzy”, „Gladiatora” i „Helikoptera w ogniu”. Producenci zaczęli prosić niemieckiego muzyka, żeby trzymał się sprawdzonego przepisu na sukces. Zimmer za każdym razem chciał spróbować jednak czegoś nowego. Postawił na swoim m.in. przy okazji soundtracku do „Mrocznego Rycerza” – wiolonczelistce zamiast smyczka wręczył... żyletkę. Filmowcy drżeli ze strachu, ostatecznie byli jednak zadowoleni: utwór „Why so serious?” odniósł sukces, idealnie oddawał bowiem mroczny klimat obrazu Christophera Nolana.

Styl pracy Zimmera jest dość specyficzny. Nigdy nie ogląda gotowego filmu, rzadko czyta scenariusz. Zamiast tego woli porozmawiać z reżyserem i operatorem, poznać ich wizję. W jego karierze zdarzało się, że to właśnie wymyślona przez niego ścieżka dźwiękowa wyznaczała kierunek rozwoju fabuły. Do „Interstellar” Zimmer przygotował muzykę, która tak poruszyła reżysera, że postanowił on zmodyfikować scenariusz: zamiast planowanej epickiej opowieści o kosmosie i nauce widz otrzymał intymną historię ojca, który musi zostawić córkę, żeby wykonać ważne zadanie.

Zimmerializacja

Niektórzy fani narzekają, że muzyka Niemca nie jest już tak dobra jak kiedyś. Uważają, że za dużo w niej elektroniki, a Hans z braku dobrych pomysłów zaczął cytować samego siebie. Są też tacy, którzy oskarżają go o korzystanie z usług tzw. ghostwriterów, mających za pozwoleniem artysty masowo „produkować” ścieżki do kolejnych filmów. Nie wiadomo, ile w tym prawdy, ale tak czy inaczej branża ma za co Zimmera nie lubić. Artysta założył bowiem firmę Media Ventures (obecnie Remote Control Productions), w której zgromadził kilkudziesięciu najlepszych kompozytorów. Skupieni w jednej organizacji, zmonopolizowali amerykański rynek muzyki filmowej. W ten sposób niepozorny samouk z Frankfurtu nad Menem zaczął wyznaczać trendy, które będą obowiązywały w branży filmowej prawdopodobnie jeszcze przez wiele lat. Niektórych mocno to denerwuje, trudno go jednak za to nie docenić.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Więcej nowości

    Reklama