Kino z Azji

Problemy, jakie poruszają reżyserzy „Praktykanta” i „W sieci”, europejskiemu widzowi mogą wydawać się egzotyczne. Ale tylko pozornie.

Reklama

Wnaszych kinach filmy produkcji azjatyckiej pojawiają się rzadko, jednak mają swoją wierną publiczność. Paradoksalnie nawet liczniejszą niż w rodzinnych krajach ich twórców, czego przykładem są oba omawiane tytuły.

Humanitarne zabijanie

Podobny film rozgrywający się współcześnie nie mógłby powstać w Europie, gdzie kary śmierci się nie stosuje. „Praktykant” jest dziełem singapurskiego reżysera Boo Junfenga i chociaż dotyczy kary śmierci, trudno powiedzieć, by stawał po stronie jej przeciwników bądź zwolenników. Reżyser przedstawia historię z punktu widzenia głównego bohatera filmu, czyli nie – jak to bywa najczęściej – skazanego i jego adwokatów, ale oprawcy, jeżeli tak można nazwać kata.

W Singapurze, należącym do Brytyjskiej Wspólnoty Narodów i będącym jednym z najbezpieczniejszych państw na świecie, kara śmierci cieszy się powszechnym poparciem społeczeństwa. Groziła do niedawna bezwzględnie przemytnikom narkotyków i zabójcom, jednak w ostatnich latach w przypadkach mniejszej wagi zastąpiono ją dożywociem i chłostą, chociaż pozostała w kodeksie. Surowe przepisy antynarkotykowe obowiązują zresztą w innych krajach Azji, które zmagają się z handlem zakazanymi substancjami.

Aiman, bohater filmu, ma około 30 lat. Przez jakiś czas był zawodowym żołnierzem, później przez dwa lata pracował w więziennym warsztacie. Zamierza zmienić pracę i zatrudnić się w więzieniu Larangan jako strażnik. Larangan jest zakładem karnym o zaostrzonym rygorze. – Pragnę pomóc więźniom, którzy chcą się zmienić. Pomóc im, by stali się lepszymi ludźmi – odpowiada na pytanie swojego szefa o pobudki, jakie nim kierują. Aiman ze swoich obowiązków wywiązuje się nienagannie, czym zwraca na siebie uwagę Rahima, starszego strażnika, który proponuje mu pracę w charakterze swojego pomocnika. Zaskoczony propozycją bohater waha się, bo Rahim jest katem. Ostatecznie, wbrew sprzeciwom starszej siostry, przyjmuje propozycję, ale powody jego decyzji nie są dla widza, a może i dla niego samego, do końca jasne. Zdajemy sobie sprawę, że tkwi w tym jakaś tajemnica z przeszłości, z którą musi się zmierzyć. Opowieść koncentruje się teraz na relacjach pomiędzy Rahimem i jego młodym pomocnikiem, który – jak się wydaje – nie do końca akceptuje sposób myślenia przełożonego w sprawie kary śmierci. Zakończenie filmu będzie z pewnością zaskoczeniem dla każdego widza.

Reżyser Boo Junfeng zajmuje zdecydowane stanowisko w sprawie stosowania kary śmierci. – Jestem przeciwko tej karze, ale mój film nie miał być głosem w dyskusji na ten temat. W moim kraju czuję się bezpiecznie, chodząc ulicami. To komfortowe poczucie bezpieczeństwa jest wynikiem surowego prawa, jakie tu obowiązuje – mówił w jednym z wywiadów.

Niezależnie od deklaracji reżysera podjęcie budzącego kontrowersje tematu i tak stanowi głos w dyskusji, chociaż trzeba przyznać, że problem zbrodni i kary film traktuje z dużą dozą finezji, a widz sam musi odpowiedzieć na rodzące się w trakcie seansu pytania. Czy najwyższą karę można usprawiedliwić jako odpowiedź społeczeństwa na potworną zbrodnię? Jaki wpływ ma ona na tych, którzy ją wykonują, na uczestniczących w niej świadków, a także na rodziny sprawców, które ponoszą długofalowe konsekwencje? Czy można przeprowadzić ją „humanitarnie”, jak twierdzi jedna z postaci filmu? Reżyser zadaje te pytania, unikając sentymentalizmu i nie stając po żadnej ze stron. „Praktykant” jest filmem dla dojrzałego widza, bo znalazło się tam kilka scen związanych z wykonywaniem wyroków.

Kuszenie Nama

Nie jestem fanem twórczości Kim Ki-duka, południowokoreańskiego reżysera, którego kilka tytułów zyskało w Europie status kultowych. Kim Ki-duk nie kończył szkoły filmowej. Pracował w fabryce, przez pięć lat służył w marynarce wojennej, a następnie trzy lata spędził u baptystów, bo chciał zostać pastorem. Wydaje się, że pisząc scenariusze, w znacznej mierze wykorzystuje swoje życiowe doświadczenia, co sygnalizuje chociażby wybór bohaterów filmów. Są to często ludzie znajdujący się na marginesie życia, złodzieje, bezdomni czy upośledzeni. Jego filmy cieszą się sympatią części europejskiej krytyki, mniej publiczności. W samej Korei Południowej nigdy nie zyskały takiego rozgłosu. Kim Ki-duk lubi prowokować, często niestety w mało wyrafinowany sposób, a wiele z jego filmów budzi po prostu niesmak. Aż dziw bierze, że to przekraczające czasem wytrzymałość widza ekstremalne i manieryczne kino, w którym nie brakuje pokrętnych, mało zrozumiałych pseudofilozoficznych odniesień, zyskało takie uznanie. Przykładem jest chociażby nagrodzona Złotym Lwem w Wenecji osławiona „Pieta”. Reżyser jednak realizuje również filmy, z którymi można się sprzeczać, ale które zasługują na uwagę. Jednym z nich jest zrealizowany w 2016 roku obraz „W sieci”, który trafił do naszych kin studyjnych. Tym razem nakręcił prostą, przynajmniej pozornie, opowieść o człowieku, który wbrew własnej woli przez przypadek zostaje wplątany w szpiegowską aferę.

„W sieci” to już drugi film reżysera poruszający w kontekście indywidualnym problem relacji między dwoma państwami koreańskimi – demokratycznym Południem i totalitarną Północą. Pierwszym obrazem był „Strażnik wybrzeża” z 2003 roku, mający podłoże autobiograficzne. W czasie służby w koreańskich marines Kim Ki-duk został oskarżony o to, że nie złożył raportu o północnokoreańskim statku szpiegowskim, i spędził kilka miesięcy w wojskowym więzieniu. Okazało się, że odpowiedzialny za zaniedbanie był jego przełożony.

Bohaterem „Strażnika wybrzeża” jest szeregowiec Kang z południowokoreańskiej straży przybrzeżnej. Kang za wszelką cenę chciał w czasie swojej służby zabić północnokoreańskiego szpiega. Pewnego wieczoru strzela do człowieka, który znalazł się w zakazanej strefie. Okazuje się jednak, że był to koreański cywil. Konsekwencje tego czynu okażą się tragiczne.

Prolog „W sieci” rozgrywa się w Korei Północnej, w wiosce położonej na wybrzeżu w pobliżu strefy zdemilitaryzowanej, dzielącej oba wrogie sobie państwa. Nam Chul-woo jest prostym rybakiem, mieszka w nędznej ruderze wraz z żoną i kilkuletnią córką, codziennie wypływa na połowy, na co posiada zezwolenie władz. Własnoręcznie zbudowana łódź jest wszystkim, co posiada, i pozwala mu utrzymać rodzinę. Pewnego dnia jednak sieć poławiacza wplątuje się w silnik łodzi, która zanosi go na południe, gdzie zostaje zatrzymany przez południowokoreańskich żołnierzy. Przesłuchuje go brutalny funkcjonariusz służb specjalnych, który chce udowodnić, że Nam jest północnokoreańskim szpiegiem. Kiedy nie pomagają środki przymusu, służby proponują mu azyl, jednak Nam chce wracać do komunistycznej Korei. Kocha swoją rodzinę i nie chce pozostawić jej na pastwę losu i władz. Kuszony wizją dobrobytu, o jakiej mieszkańcy Korei Północnej nie mają pojęcia, Nam czuje się jak ryba zaplątana w sieci. Czy ulegnie pokusie? „W sieci” to wstrząsający obraz człowieka, który staje się ofiarą konfliktu pomiędzy dwoma wrogimi sobie krajami. I stanowi o wartości tego filmu. Jednak reżyser poszedł za daleko. Stawia na jednej płaszczyźnie działania służb specjalnych po obu stronach, chociaż każda z nich broni czegoś innego. Czy można porównać demokratyczny system Korei Południowej z nieludzką komunistyczną opresją, jaką zafundował swoim obywatelom północnokoreański reżim? To przecież czysta demagogia. •

 

W sieci, reż. Kim Ki-duk, wyk.: Ryoo Seung-bum, Lee Won-geun, Kim Young-min, Korea Południowa, 2016 Praktykant, reż. Boo Junfeng, wyk.: Firdaus Rahman, Wan Hanafi, Mastura Ahmad, Boon Pin Koh, Singapur/Niemcy/Francja/Hongkong/Katar, 2016

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama