Władcy polskiej wyobraźni

Jeśli nie wyjechałeś na wakacje i nie przeżyłeś swej przygody na szlaku, to trzeba ruszyć ich właśnie – podróżników – śladem.

Reklama

Przygoda zaczyna się w 2010 roku wraz z książką Artura Domosławskiego „Kapuściński non-fiction”. Uczeń rzekł do swego mistrza: sprawdzam. I wyszło, że nie wszystko się zgadza. Wśród czytelników Ryszarda Kapuścińskiego zapanował szok i niedowierzanie. W tym roku ukazały się dwie książki, których autorzy powiedzieli „sprawdzam” wobec Tony’ego Halika i Sat-Okha.

Ryszard Kapuściński, Tony Halik, Sat-Okh. Reporter, podróżnik, Indianin. W zimnowojennej epoce, w świecie podzielonym żelazną kurtyną i z zamkniętymi granicami, oglądaliśmy świat ich oczami. Oni podróżowali niejako za nas. Powieści Sat-Okha, reportaże Kapuścińskiego czy program „Pieprz i wanilia” przenosiły nas daleko od tamtej szarej Polski. Ta trójka była władcami naszej wyobraźni. Wystarczyło wsłuchać się w ich opowieści, aby znaleźć się w wyobraźni gdzieś tam, gdzie jest lepiej. Nie znaliśmy jednak ceny tych podróży.

Tony Halik, nieodkryty kontynent

Książka Mirosława Wlekłego „Tu byłem. Tony Halik” wyrasta z fascynacji osobą podróżnika. Loco Polaco (szalony Polak), trotamundo de Polonia (obieżyświat z Polski) – tymi między innymi tytułami obdarzano Halika. On sam mówił o sobie: jestem Tony Halik. Był jeszcze Antonio, Mieczysław i Max – i każdy z nich był Halikiem, ale o tym nie chciał mówić. Mirosław Wlekły w rozległym reportażu ruszył śladem Tony’ego Halika. Chciał dotrzeć tam, gdzie był podróżnik. I chciał dotrzeć tam, gdzie był tylko on sam: w głąb niego samego, na rozległe przestrzenie życia, które było ukrywane. Zapamiętaliśmy Tony’ego Halika jako nieco zwariowanego podróżnika, opowiadającego ze swadą o swoich niezwykłych przygodach. Przyjaciel Indian i odkrywca zapomnianych w dżungli miast. Ale także pilot RAF-u, bojownik we francuskiej partyzantce. Nikt nie zliczy, ile razy otarł się o śmierć. Tam jaguar, a tam włoska mafia, awarie samolotów i samochodów – ze wszystkich przeciwności zawsze wychodził obronną ręką. Wydawało się, że nic nie jest w stanie go pokonać. Dlaczego jednak Tony Halik odciął się od urodzonego w Toruniu Mieczysława Sędzimira Halika?

Mirosław Wlekły, pisząc reportaż, zauważa, że coraz więcej rzeczy się nie zgadza, że jest kilkanaście różnych wersji danego wydarzenia, wreszcie, że niektóre spowija tajemnica. Podpisał Volkslistę – świadomie czy zrobił to za niego urzędnik? Mówił, że był w partyzantce, ale przemilczał, że był także w wojsku niemieckim. Gdy został już pilotem RAF-u, jego samolot został zestrzelony, ale świadkowie pokazują inne miejsce zestrzelenia, inną datę i mówią, że nie było go na pokładzie. Wojenna zawierucha ludzkich losów. Wlekły zastanawia się nad ceną, jaką musiał zapłacić polski podróżnik, ale stawia też arcyciekawe pytanie: czy gdyby Halik zagrał z nami w otwarte karty, byłby zrozumiany? Dziś wydaje mi się, że tak, ale kilkanaście lat temu?

Stanisław Supłatowicz i jego indiańska dusza

Reportaż Dariusza Rosiaka „Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha” jest z kolei książką, która wyrasta z sentymentu. Ta historia poruszała przez lata naszą wyobraźnię: Sat-Okh, Długie Pióro, syn Indianina, wodza Wysokiego Orła z plemienia Szewanezów oraz Polki Stanisławy Supłatowicz, skazanej za cara na zesłanie na Syberię. Lata dzieciństwa spędził wśród Szewanezów. Gdy Polska odzyskała niepodległość, matka wróciła z nim do ojczyzny.

Rosiak ruszył śladem tego, który zawsze ukrywał się w cieniu Długiego Pióra, czyli Stanisława Supłatowicza. W czasie wojny AK-owiec, uciekł z transportu do Auschwitz, po wojnie był marynarzem. Zawsze najlepiej tropił zwierzęta w lesie, rozmawiał z nimi, najlepiej strzelał z łuku. Jego indiańskie wychowanie pomagało mu w walce partyzanckiej: gdy brakowało amunicji, strzelał z łuku, w lesie mylił tropy ścigających go hitlerowców. Jego książki, choćby nieśmiertelny „Biały Mustang”, na stałe wpisały się w nasz krajobraz kulturowy.

Gdy Dariusz Rosiak powiedział „sprawdzam”, okazało się, że istnieją książki napisane przez Sat-Okha po rosyjsku i tylko na tamten rynek. Że nie mógł przyjechać do Polski w tym czasie, w którym– według niego samego – przyjechał. Że tak naprawdę nie ma żadnych dowodów na „indiańskość” Stanisława Supłatowicza. Że rozrzucał swobodnie indiańskie plemiona po całych Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, za nic mając geografię krajów oraz zwyczaje Indian. Że stwarzał nowe plemiona indiańskie. Że niemal wszystko jest dziełem wyobraźni człowieka, który z tego świata uciekał w inny. Że legenda rosła i rosła, przybierała kolejne warianty (miał być wnukiem samego Tecumseha, miał mieć daleką rodzinę rozdzieloną na zesłaniu na Syberii, którą cudownie odnalazł w Rosji i wspólnie pisali książki…), ale on nie oponował, nie prostował, nie wyjaśniał. Legenda i życie splotły się ze sobą, aż niemożliwe stało się odróżnienie prawdy od fałszu.

Zastanawiam się, czy dziś, gdy lepiej rozumiemy traumę wojenną i psychiczne koszta nieludzkiego czasu, potrafilibyśmy zrozumieć człowieka, który ratując siebie, stworzył sobie urzekający świat? I znowu: pewnie tak, gdyby tylko chciał o tym mówić. A może zaszedł już za daleko i uznał, że nie ma odwrotu?

Kapuściński, bohater Kapuścińskiego

A Kapuściński, od którego rozpoczęła się przygoda? Książka Artura Domosławskiego wyrasta z relacji uczeń–mistrz. Zawiedzione nadzieje i rozczarowanie postacią wielkiego reportera narastają w czasie lektury. Jednocześnie nic nie można tej książce zarzucić. Żeby zrozumieć, jak wielkim szokiem była książka „Kapuściński non-fiction”, należy zrozumieć, kim był sam Ryszard Kapuściński. Zaprezentował zupełnie nowy typ reportera. Bardziej rozmawiał ze zwykłymi ludźmi niż z politykami. Emocje ulicy, dylematy roztrząsane na straganach, stolica widziana z perspektywy prowincji – to go interesowało. Żeby dotrzeć tam, gdzie były peryferia uznanej władzy, musiał być człowiekiem niezwykle odważnym. Jego reportaże pokazują reportera w stylu macho: jest wszędzie tam, gdzie właśnie trwają wojny, potrafi znosić głód, z opresji ratują go silna wolna i żelazny organizm. Kilkakrotnie śmierć zagląda mu w oczy. Uparcie uczy się języków obcych. Ma coś jeszcze: doprawdy czarujący uśmiech, świetną sprawność fizyczną i to coś wyjątkowego – umiejętność bycia z ludźmi. Jest reporterem, który wypracowując własny styl, zdaje sobie sprawę, że zaczyna tworzyć coś więcej. Jego reportaże stają się literaturą. Tworzywem tej literatury jest on sam. Od tej pory Kapuściński występuje przynajmniej w podwójnej roli: jest autorem, jest bohaterem. Kapuściński pisze o Kapuścińskim, o tym, co widział, co zrozumiał, z kim rozmawiał. To świetnie się czyta, wywołuje emocje. Granica między fikcją a rzeczywistością w tego typu literaturze, jaką jest reportaż, jest granicą niezwykle płynną. Ci, którzy ruszyli jego śladem, mówią, że koloryzował. Że posługiwał się niedopowiedzeniem, które u czytelnika rozpala umysł, ale w głowie chłodnego badacza stawia kłopotliwe znaki zapytania. O masakrze na placu Tlateloco w Meksyku w 1968 roku Kapuściński mówił: „Byłem tam wtedy”. W rzeczywistości był tam, ale miesiąc po strasznych wydarzeniach. Mówił, że przeszedł szlak Che Guevary w Boliwii. Niedopowiedzenie jest bardzo subtelne: przeszedł tę samą trasę co Che, ale nie przeszedł jej razem z nim. Kapuściński nie precyzował, pozwalał rosnąć swojej legendzie. Dopowiadali inni. W pewnym sensie my sami stworzyliśmy legendę Kapuścińskiego. On jednak nie oponował, nie korygował. Być może jego bohater wyszedł z ram książek? Jednak im więcej pisał, tym mniej stawał się reporterem, a bardziej pisarzem.

Podróżnicy i celebryci

Reporter, podróżnik, Indianin. Okna, przez które patrzyliśmy na świat, okazały się oknami zamglonymi. Ubarwianie i fantazjowanie dodaje kolorytu opowieściom, ale zawsze granica między gawędą a kłamstwem musi być czytelna. Gdy czytałem trzy naprawdę świetne, choć bolesne książki, zastanawiałem się, czym różnią się ich bohaterowie od współczesnych celebrytów. Wszak wszyscy oni mówią: ja. Widziałem, byłem, jadłem, spałem. Przeżyłem. Ja, ja, ja. Celebryta tym różni się od podróżnika czy reportera, że gdziekolwiek by był, jedyną rzeczą, którą naprawdę odkrywa i chce o niej mówić, jest on sam. Reporter czy podróżnik mówią jednak o świecie, który widzieli. Czy Ryszard Kapuściński, Tony Halik i Stanisław Supłatowicz byli celebrytami swego czasu? Nie. Choć czasem mijali się z prawdą, ich celem nie było życie dla siebie, swojej sławy, ale przekraczanie granic swojego świata.

Książki Domosławskiego, Wlekłego i Rosiaka są podzwonnym dla generacji takich jak ja: dzieci PRL-u. Oto nasi idole okazali się skalani. W trakcie lektury łapałem się na myślach, że przecież teraz widzę wyraźnie, że opowieści owych „władców polskiej wyobraźni” były aż nadto ubarwiane. Dlaczego wcześniej tego nie widziałem? Po pierwsze dlatego, że nie chciałem. Że wolałem żyć wyobraźnią właśnie, bo w tamtym czasie mieliśmy tylko ją. Po drugie, świat z zamkniętymi granicami jest światem nieprawdziwym i wierzy się na słowo. Po trzecie wreszcie dlatego, że ci, którzy zawładnęli polską wyobraźnią, żyli i tworzyli w świecie bez internetu. Dziś każdy może przeprowadzić podobne śledztwo, nawiązać kontakty, przekroczyć granice. Kapuściński, Halik i Supłatowicz, choć często kreowali się na bohaterów niemal nieskalanych, okazali się bardzo ludzcy. Dali nam, pokoleniu sprzed internetu, jednak najważniejszą lekcję – lekcję wspaniałej wyobraźni, dzięki której mogliśmy pójść jeszcze dalej niż oni i przekroczyć zupełnie inne granice. 

Mirosław Wlekły, Tu byłem. Tony Halik, Agora, Warszawa 2017, s. 486. Dariusz Rosiak, Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, s. 272.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama