Na Śląsku pierwszoklasiści maszerują do szkoły z tytami

Początek września to dla pierwszoklasisty czas przełomowy, z którym od zawsze wiązały się duże emocje. Aby osłodzić dzieciom szkolny debiut i zachęcić je do nauki, na Górnym Śląsku obdarowuje się je tytami, czyli kolorowymi rogami obfitości, wypełnionymi po brzegi łakociami.

Reklama

Zwyczaj tak się przyjął, że zdaniem etnograf dr Marii Lipok-Bierwiaczonek, współcześnie trudno sobie wyobrazić, że jakiś śląski pierwszoklasista mógłby nie trzymać w tym dniu swojej tyty.

"Co więcej, nie ma już podziału na rodziny o rdzennych, śląskich korzeniach i rodziny napływowe - wszyscy wiedzą, że jak mieszka się na Górnym Śląsku, a dziecko idzie do szkoły, to należy mu kupić tytę" - dodała ekspertka.

Lipok-Bierwiaczonek przypomniała, że kolorowe rogi obfitości mają osłodzić pierwszoklasistom szkolny debiut, złagodzić związany z tym stres i zbudować pozytywny wizerunek szkoły, którą właśnie rozpoczynają.

"Dlatego dzieciom oferowano słodycze, które miały im umilić ten dzień. Są one ładnie zapakowane w kartonowe, wydłużone stożki - rogi obfitości - oklejone barwnym papierem. Dziś można wybierać ich wielkość, sposób dekoracji. Aby słodycze się nie wysypywały, dawniej doklejano marszczoną bibułkę, czyli krepinę i wiązano wstążką, współcześnie to wykończenie jest z celofanu" - tłumaczyła etnograf.

Zwyczaj obdarowywania pierwszoklasistów słodyczami na Śląsku odnotowano po raz pierwszy w dwudziestoleciu międzywojennym. Tyty nie były wówczas popularne - dostawały je od rodziców tylko dzieci z zamożniejszych rodzin miejskich. Nie jest to zwyczaj rdzennie śląski, ale zapożyczenie z krajów niemieckich.

Na Śląsku upowszechnił się w latach 60. XX w. Zdaniem ekspertki w propagowaniu tyt duży udział miały przedszkola. "W latach powojennych w wielu przedszkolach urządzano pożegnanie przedszkolaków idących do szkoły, obdarowując je właśnie niewielkimi rogami obfitości. W zbiorach tyskiego muzeum jest np. zdjęcie z 1951 r., na którym grupa dzieci kończących przedszkole trzyma identyczne tytki, niewielkie, związane właśnie bibułką karbowaną. Dzięki temu rodzice, którzy wcześniej nie znali tego zwyczaju, mogli dowiedzieć się, jak można dzieciom upiększyć dzień startu w życie szkolne. Barierą dla upowszechnienia się tego zwyczaju było jednak powojenne zubożenie społeczeństwa. Dopiero stopniowa poprawa sytuacji materialnej rodzin wpłynęła na wzrost popularności zwyczaju" - powiedziała Lipok-Bierwiaczonek.

Przyznała, że ona sama, choć jest rodowitą Ślązaczką, idąc przed 60 laty do szkoły, nie miała tyty, ponieważ nie były one jeszcze tak popularne. "Natomiast dziś na Śląsku trudno sobie wyobrazić, że jakiś pierwszoklasista mógłby nie trzymać w tym dniu swojej tyty. Co więcej, nie ma już podziału na rodziny o rdzennych, śląskich korzeniach i rodziny napływowe - wszyscy wiedzą, że jak mieszka się na Górnym Śląsku, a dziecko idzie do szkoły, to należy mu kupić tytę" - dodała etnograf.

Zawartość tyty zależy od inwencji darczyńców - najczęściej są to różnego rodzaju cukierki i czekoladki, a jeśli tyta jest duża, wówczas na dół można włożyć paczki chrupek czy ciastek. "Dziś rodzice znający zasady zdrowego żywienia pewnie chcą trochę przełamać tę monokulturę czekoladkową, ale jeśli te słodycze służą np. poczęstowaniu innych, to chyba może ich być sporo" - dodała z uśmiechem ekspertka.

Tyty kupują zazwyczaj rodzice, choć czasem ten obowiązek przejmują też babcie czy matki chrzestne; to jednak zależy od tradycji rodzinnych. Można kupić gotowe, wypełnione tyty lub też kupić pusty róg i samodzielnie go spakować.

Lipok-Bierwiaczonek pytana o przyszłość tego zwyczaju wskazała, że ma on duże szanse przetrwania. "Można powiedzieć, że zwyczaj ten przeżywa dziś apogeum. Co więcej, ja moim dzieciom, gdy szły do licem i na studia też ufundowałam małą tytę - to był trochę żart, ale i podkreślenie, że zaczynają nowy etap w życiu" - mówiła.

"Trochę dziwi, że to się jeszcze nie rozpowszechniło na ziemiach sąsiednich, że to wciąż jest zwyczaj wyłącznie śląski. Choć ma on też swoje tradycje w innych regionach, które miały kontakty z kulturą niemiecką, np. w Wielkopolsce" - zakończyła Lipok-Bierwiaczonek.

«« | « | 1 | » | »»

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama