Bieg, którego nie było

Eric Liddell, bohater „Rydwanów ognia”, był pewnym faworytem biegu na 100 m na olimpiadzie w 1924 roku. Kiedy odmówił startu, prasa zaczęła wieszać na nim psy.

Reklama

Odmówił, bo uważał, że niedziela powinna być dniem poświęconym Bogu i dniem odpoczynku. Nigdy zresztą nie biegał w niedzielę. Był wielką nadzieją Szkotów na olimpijskie złoto w sprincie. Jego decyzja wzburzyła rodaków. W prasie pojawiły się napastliwe artykuły na jego temat, niektórzy nazywali go zdrajcą. Swoistym paradoksem jest fakt, że znaczną część swojej sławy zawdzięcza biegowi, w którym nie wziął udziału. Pamięć o nim utrwalił świetny film „Rydwany ognia” Hugha Hudsona, nagrodzony czterema Oscarami.

Film Hudsona, z doskonałą muzyką Vangelisa, koncentruje się na sylwetkach dwóch brytyjskich biegaczy, Liddella i Harolda Abrahamsa. Ten drugi traktuje bieganie jako sprawę życia i śmierci, sport jest dla niego okazją do przezwyciężania uprzedzeń i demonstracji swojej wartości. Liddell, nazywany przez kibiców „Latającym Szkotem”, swój talent traktuje jako dar od Boga. Zwycięstwo w biegu na 400 m to dla niego nie tylko sukces sportowy, ale także triumf jego wiary. – Zwyciężając, oddaję Mu cześć – słyszymy w filmie, w którym znalazło się wiele odniesień do Biblii. Obraz stał się kinowym hitem i znalazł się na tzw. watykańskiej liście 45 znaczących filmów fabularnych.

„Na skrzydłach orłów” Stephena Shina jest jakby dopełnieniem „Rydwanów ognia”, bo opowiada o życiu Liddella po zakończeniu kariery sportowej. Niestety, nie powtórzy sukcesu filmu Hudsona. Obsadzony w głównej roli znany brytyjski aktor Joseph Fiennes robi co może, ale i on nie jest w stanie go uratować. Historię sportowca poznajemy z opowieści jego przyjaciela, z którym przeżywał dramatyczne chwile w czasie japońskiej okupacji Chin. Tyle że w filmie tego dramatyzmu zabrakło, chociaż reżyser na siłę próbuje ożywić akcję, szpikując ją wątkami fikcyjnymi. „Rydwany ognia” też nie były wierną rekonstrukcją losów bohaterów, jednak Shin poszedł tu za daleko. Przykładem chociażby absurdalny wyścig Liddella z japońskim komendantem w obozie dla internowanych. Reżyser po prostu nie znalazł klucza do przedstawienia interesującej postaci. Właściwie nie wiadomo, kto jest adresatem tego dzieła. Wierzących zanudzi, a niewierzących nawet nie wzruszy. A przecież biografia bohatera mogła być inspiracją do nakręcenia dobrego obrazu.

Życie ciekawsze niż film

Eric Liddell był Szkotem, ale urodził się w 1902 r. w Chinach. Był synem małżeństwa misjonarzy Kościoła Szkocji (nurt protestancki), którzy cudem uniknęli śmierci w czasie powstania bokserów w Chinach. Zamordowano wówczas wielu chińskich chrześcijan i misjonarzy. Eric poszedł śladem starszego brata i rozpoczął studia na uniwersytecie w Edynburgu. Wówczas wykrystalizowały się jego zainteresowania. Chciał zostać, podobnie jak rodzice, misjonarzem, jednocześnie jego pasją stał się sport. Miał jednak pewien problem. Był chorobliwie nieśmiały i bał się publicznych wystąpień. Wspominał, że kiedy w czasie otwartych dni szkoły proszono go o wypowiedź, musiał zastąpić go brat. Modlitwa do Boga sprawiła, że udało mu się przełamać lęk. – To była najodważniejsza rzecz, jaką zrobiłem w życiu – powiedział później.

Początkowo Liddell odnosił spore sukcesy, grając w uniwersyteckiej drużynie rugby, ostatecznie zwyciężyła jednak lekkoatletyka, a konkretnie sprint. W 1921 r. wygrał mistrzostwo Szkocji na krótkich dystansach, w następnych latach powtórzył ten sukces jeszcze kilkakrotnie. Zdobywał mistrzostwa Imperium Brytyjskiego, a rekord z 1923 r. w biegu na 100 jardów został pobity dopiero 35 lat później. W tym czasie należał już do czołówki brytyjskich sprinterów, ale próbował również swych sił na średnich dystansach, co zaowocowało największym sukcesem w jego karierze. Nic więc dziwnego, że znalazł się w brytyjskiej ekipie na Letnie Igrzyska Olimpijskie w Paryżu w 1924 roku.

Wydawał się pewnym zwycięzcą na swoim zasadniczym dystansie, czyli biegu na 100 m. Liddell znał terminarz zawodów już kilka miesięcy przed igrzyskami, a nie, jak widzimy w „Rydwanach ognia”, dopiero przed wyjazdem do Paryża. Z jego odmową nie mogli pogodzić się kibice i koledzy z zespołu. Na zmianę decyzji naciskali Brytyjski Komitet Olimpijski, politycy i książę Walii. Nie mogli zrozumieć, że dla „Latającego Szkota” ważniejszy jest Bóg niż medal zdobyty dla króla. Sprinter, dochowując wierności swoim przekonaniom religijnym, nie poddał się presji. Postanowił startować na 400 m. Zaczął bardziej intensywne treningi na tym właśnie dystansie. Chociaż osiągał dobre wyniki, nikt nie przypuszczał, że pokona amerykańskich biegaczy, wśród których znajdowali się dwaj rekordziści świata. Zdobył złoto, wyprzedzając o 6 m drugiego biegacza. Dystans przebiegł w 47,6 s ustanawiając nowy rekord świata. – Tajemnica mojego zwycięstwa na 400 m polega na tym, że pierwsze 200 m biegłem tak szybko, jak tylko mogłem. A następne 200 m, z pomocą Boga, jeszcze szybciej – mówił sprinter po zwycięskim biegu. Prócz złota na 400 m Liddell zdobył na igrzyskach brązowy medal w biegu na 200 m. Teraz noszono go na rękach i obsypano zaszczytami.

Wzywały go Chiny

Jeszcze rok po olimpiadzie Liddell startował w najważniejszych lekkoatletycznych zawodach, zdobywając kolejne medale. W 1925 r. porzucił sport i, podobnie jak rodzice, poświęcił się pracy misjonarskiej w Chinach. To było zawsze najważniejszym celem jego życia. Wyjechał do Tiencin, gdzie w angielsko-chińskiej szkole uczył matematyki i prowadził zajęcia sportowe. Głosił kazania, prowadził studium biblijne i organizował obozy dla chłopców z ubogich rodzin, a sam uczył się języka chińskiego. Szkoła, w której uczył, działa do dzisiaj. W 1937 r. Eric Liddell poślubił 18-letnią pielęgniarkę Florence MacKenzie. Urodziły im się trzy córki. Najmłodszej, Maureen, nigdy nie zobaczył.

Wojna domowa i japońska okupacja sprawiły, że pobyt w Chinach stawał się coraz bardziej niebezpieczny. Zdarzało się, że w tym samym dniu Erica i jego kolegów zatrzymywały i przeszukiwały patrole japońskie czy komunistyczne, lokalni milicjanci i nacjonaliści z Kuo- mintangu. Jeden z nauczycieli ze szkoły Liddella zginął z rąk bandytów. W tej sytuacji władze brytyjskie wezwały swoich obywateli do opuszczenia Chin. W 1941 r. Liddell wysłał ciężarną żonę wraz z dziećmi do Kanady. Miał do nich dołączyć za kilka miesięcy, ale zanim do tego doszło, w 1943 r. Japończycy internowali wszystkich obcokrajowców, osadzając ich w obozie Weihsien. Warunki życia w obozie były trudne, uwięzionym doskwierały głód i choroby, jednak w przeciwieństwie do wielu innych obozów japońscy strażnicy nie znęcali się nad więźniami. „Wydawało się, że Liddell jest wszędzie. Chodził po obozie, po przyjacielsku konwersował ze wszystkimi i podtrzymywał ich na duchu. Komitet obozowy wyznaczył go do nauczania młodych i organizacji dla nich zajęć sportowych” – napisał we wspomnieniach Norman Cliff, który poznał misjonarza w obozie. Był niezmordowany, pełen energii. Przez cały czas pobytu w Weihsien głosił kazania, pisał modlitwy, uczył chemii i matematyki. Łagodził również konflikty i spory, do jakich dochodziło w zamkniętym przeludnionym obozie. „Dał mi dwie rzeczy. Pierwszą z nich były jego znoszone buty do biegania. A drugą fakt, że nauczył mnie kochać naszych wrogów, Japończyków, i modlić się za nich” – wspominał inny współwięzień, Stephen Metcalfe.

Eric Liddell nie doczekał wyzwolenia obozu. Zachorował na raka mózgu, a jego śmierć przyspieszyły trudy obozowego życia. Zmarł 21 lutego 1945 r., kilka miesięcy przed kapitulacją Japonii. 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Więcej nowości

    Reklama