Odkrycie z byfyja

30 listów z Wehrmachtu, napisanych po śląsku do rodziców przez 20-letniego żołnierza, znalazł pasjonat z Rybnika, który odnawiał stary mebel. Okazało się, że autor tych listów żyje.

Reklama

Ma 93 lata i mieszka w Mszanie. Jego listy z wojny są fascynujące: napisane piękną śląszczyzną, zabawne i... odważne. Odwiedziliśmy go.

Kochani łojcowie!

Staromodny, wysoki byfyj, czyli kredens, stał przez ostatnie lata w opuszczonym domu w Rybniku. Za jego renowację wziął się pan Roman, pasjonat śląskiej kultury, który odnowił już wiele starych mebli. Zwykle takich, które poprzedni właściciele chcieli wyrzucić. W tym byfyju pan Roman znalazł coś niezwykłego: około 30 listów. Były sprytnie ukryte: przymocowane od spodu do szuflady. Każdy z nich był opatrzony pieczątką „Feldpost” – czyli poczta polowa – i zaadresowany na nazwisko Kanafek w Mszanie w powiecie rybnickim.

Pan Roman zaniósł to wyjątkowe znalezisko koledze, Adamowi Pietrydze z Rybnika-Chwałowic. – Ty już z tego zrobisz dobry użytek – powiedział. Pan Adam, dyżurny ruchu elektrociepłowni Chwałowice i Jankowice, ma przy domu prywatny skansen. Wypieka w nim chleb według starych receptur – na przykład w czasie lekcji dla przedszkolaków. Kolekcjonuje też przedmioty związane ze śląską tradycją. Adam Pietryga wyciągnął pierwszy list i przeczytał: „Kochani Łojcowie! Dziśo idymy przed dochtora (...). Tak my tu dobrze przyjechali bo my jechali stym cugiem comy z Rybnika wjeszczali to my jechali asz na miejsce”. Pan Adam zerknął na datę: list został wysłany 2 marca 1944 r. z Brandenburga. Czytał dalej: „Tak śe tukej momy dobrze ale śe tam mamo nie starejśe bo chneda przyjada dodom. (...). Jo tu mom dużo znajomych z Jastrzebia Rybnika my tu som fszyjscy w jednej kasernie jesze my niesom przebleczoni jeszcze we sfoich lontach [ubraniach – przyp. P.K.]. Tak tu więcyj niema nic. Zostańcie z Bogiem. Asz do widzynia. Józef”. A więc miał przed sobą list Ślązaka, świeżo wcielonego do Wehrmachtu wraz z innymi śląskimi chłopakami!

Adam Pietryga odcyfrowywał kolejne listy, zapisane ołówkiem kopiowym na pożółkłych kartkach. Nie ulegało wątpliwości, że chłopak, który jest ich autorem, miał wiarę w Boga i... poczucie humoru. 16 kwietnia 1944 r. relacjonował, że w wojsku zachowuje się tak, jak mu mama i tata doradzili: „jo dycko łostatni to mie przezywajom du ferfluchte aszlok a mie to ani wrzyci nie szczybie belle mi jest dobrze”. Dowództwo Wehrmachtu tolerowało pisanie listów po polsku tylko przez żołnierzy z terenów wcielonych do Rzeszy, którzy nie znali niemieckiego. Mieli prawo do korespondencji – żeby żołnierz miał wysokie morale.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Więcej nowości

    Reklama