Zanurzony w przyszłości

Geniusz, wizjoner czy może prorok? Jak to możliwe, że XIX-wieczny pisarz opisał miasta, w których żyjemy, przewidział telewizję, a nawet… misję Apollo? 190 lat temu urodził się Juliusz Verne.

Zwykształcenia był prawnikiem. Mówi się, że pisarzem został przez przypadek. Zaraz po studiach podejmował wprawdzie próby literackie, ale tworzone przez niego sztuki teatralne bynajmniej nie przynosiły kokosów. Dopiero kiedy ożenił się i otrzymał pokaźny posag, mógł poświęcić się pisarstwu. Początek był udany, bo opublikowanie „Pięciu tygodni w balonie”, pierwszej części cyklu „Niezwykłych podróży”, zbiegło się z modą na Afrykę, wywołaną m.in. podróżami Davida Livingstone’a. Nagle okazało się, że na powieściach można zarobić kilkaset razy więcej niż na sztukach teatralnych.

Fiszki jak Google

Nie byłoby jednak tego sukcesu, gdyby nie ogromna erudycja autora i jego styl pracy. Verne opracował własny system fiszek, którym posługiwał się jak dzisiejsi internauci Google’em. Był człowiekiem bardzo zorganizowanym i perfekcjonistą w każdym calu: „Wstaję każdego dnia przed piątą, czasami później, np. zimą, i o piątej siedzę już przy biurku. Pracuję do jedenastej. Pracuję bardzo powoli, przykładam do tego ogromną wagę, piszę i przepisuję każde zdanie, aż przybierze satysfakcjonujący kształt. (…) Z powodu owego przepisywania tracę jednak bardzo dużo czasu. Nigdy nie jestem zadowolony, dopóki nie zrobię siedmiu czy ośmiu korekt, poprawiam i poprawiam w nieskończoność, do momentu, gdy z pewnością można powiedzieć, że ostateczna wersja tekstu nie nosi śladu podobieństwa do pierwotnego rękopisu” – zwierzał się.

Był wizjonerem, to fakt, ale to wizjonerstwo miało silne podłoże naukowe. Na przykład jego koncepcja lotu na Księżyc, przedstawiona w powieści „Wokół Księżyca” z 1865 r., wynikała z solidnej znajomości praw mechaniki Newtona. Francuski pisarz był pierwszym twórcą, który tak zdecydowanie wskazywał, że droga do poznania innych ciał niebieskich wiedzie przez postęp techniczny i zgłębienie praw przyrody. Przy jego książce późniejsza o prawie cztery dekady pozycja Herberta George’a Wellsa „Pierwsi ludzie na Księżycu” (1901) wydaje się dziś naiwną bajeczką (choć zapewne nie wypada tak mówić o dziele prekursora science fiction).

Oczywiście z dzisiejszej perspektywy wiele pomysłów Verne’a też jawi się jako naiwne. Śmieszy chociażby idea wystrzelenia statku księżycowego z potężnej armaty, bo przyspieszenie, jakie trzeba by mu nadać, spowodowałoby niechybną śmierć załogi. Nie jest również prawdziwe twierdzenie autora, jakoby stan nieważkości miał miejsce jedynie w punkcie, gdzie przyciągania Ziemi i Księżyca się równoważą. Ale to naprawdę drobiazgi w porównaniu z tym, co Verne przewidział ponad sto lat przed pierwszym lądowaniem na naszym satelicie. W jego powieści, tak jak w rzeczywistości, misję inicjują Stany Zjednoczone, w podróż udają się trzy osoby, startując z Florydy za pomocą pocisku zbliżonego wymiarami do statków misji Apollo. Nawet koniec jest podobny, bo śmiałkowie lądują w oceanie.

Chirurgiczna precyzja

Cała twórczość Verne’a wydaje się przepełniona podziwem dla nauki i techniki. Popularyzował on wiedzę techniczną niejako „przy okazji”, bo przecież jego powieści to także znakomita, trzymająca w napięciu fabuła, okraszona często dawką ciepłego humoru. Jednak opisy wymyślonych przez pisarza urządzeń są bardzo precyzyjne. Na przykład okręt podwodny Nautilus z „Dwudziestu tysięcy mil podmorskiej żeglugi” (1869–1870) został przez Verne’a w książce tak dokładnie przedstawiony, że czytelnik z techniczną smykałką może rozrysować cały plan statku. Przy czym znawcy podkreślają, że wiele parametrów technicznych Nautilusa zbliża go do współczesnych okrętów podwodnych z napędem jądrowym, a w opisie maszyny napędowej widzimy podobieństwa do dzisiejszych silników elektrycznych. A przecież autor tworzył swoje dzieło w czasach, gdy powstawały dopiero niewielkie statki podwodne, napędzane siłą mięśni.

Bardzo ciekawa jest też wizja mediów przyszłości, którą snuje Verne. W 1889 r. opublikował on w amerykańskim przeglądzie „The Forum” artykuł, w którym przedstawił swoje wyobrażenie świata za tysiąc lat. Tekst nosi tytuł „XXIX wiek. Dzień pewnego dziennikarza amerykańskiego w 2889 roku”. Opisana jest tam ze szczegółami nie tylko możliwość przekazywania na odległość ruchomego obrazu, ale także operowanie nim w podobny sposób, jak dzieje się to we współczesnej telewizji: „(...) tysiąc pięciuset reporterów przy takiej samej liczbie telefonów przekazuje abonentom wiadomości otrzymane tej nocy ze wszystkich czterech stron świata. (...) Prócz swego telefonu każdy reporter ma przed sobą zestaw przełączników pozwalających na dokonanie połączenia z taką lub inną linią telefotograficzną, tak więc abonenci mają nie tylko opis, ale i wizję wydarzeń” – pisze Verne, który jednak w jednej rzeczy się pomylił: błędnie określił tempo, w jakim opisywane przez niego zmiany nastąpią. To bowiem, co on wyobrażał sobie za tysiąc lat, miało wydarzyć się już za lat kilkadziesiąt.

Entuzjasta czy sceptyk?

Lista wynalazków, które przewidział Verne, jest długa, ale jeszcze ciekawsze wydaje się to, że pisarz miał też wiele trafnych intuicji dotyczących kierunku, w jakim zmierza nasza cywilizacja. W głowie słyszał już dodekafoniczną muzykę, oczyma wyobraźni widział miasta, w których potężne biurowce i centra handlowe wypierają ze śródmieści budynki mieszkalne, a w „Roburze Zdobywcy” (1886), wydanym siedemnaście lat przed pierwszym kontrolowanym przelotem braci Wright, pokazał, że samolot może stać się narzędziem ludobójstwa.

Mimo niewątpliwej fascynacji techniką Juliusz Verne patrzył na drogi postępu ludzkości dość krytycznie. Do niedawna uważano wprawdzie, że dopiero późne powieści, takie jak wspomniany „Robur Zdobywca” czy jego kontynuacja „Pan świata” (1904), nacechowane są pesymizmem. Jednak odnalezienie przed niespełna trzydziestu laty rękopisu młodzieńczej książki „Paryż w XX wieku” kazało krytykom zrewidować ten pogląd. Okazało się bowiem, że już w 1863 r. pisarz stworzył mroczną, orwellowską wręcz wizję stechnicyzowanego społeczeństwa – ludzkości sprowadzonej do roli maszynerii, pozbawionej uczuć i podstawowych wartości kulturowych. Verne opisał tu okrutny, bezduszny świat, w którym liczą się tylko produkcja i konsumpcja, a ustrój wydaje się dziwacznym skrzyżowaniem kapitalizmu z komunizmem. Także w tym temacie wizje francuskiego pisarza okazały się nie tak odległe od naszej współczesności.

Niestety, „Paryż w XX wieku” został odrzucony przez wydawcę Pierre’a-Jules’a Hetzela jako zbyt ponury i czytelnicy nie mogli go poznać. Verne postanowił zaś zadowolić Hetzela kolejnymi, znacznie bardziej optymistycznymi powieściami. Jednak z czasem, kiedy pisarz zaczął wyzwalać się z wpływu wieloletniego wydawcy, sceptycyzm wobec postępu znów doszedł do głosu. To pozwala zobaczyć w autorze „Tajemniczej wyspy” kogoś więcej niż tylko łowcę nowinek, który przechwytuje z prasy technicznej co ciekawsze pomysły. Oczywiście prawdą jest, że Verne prenumerował liczne czasopisma, by czerpać z nich wiedzę, którą później wykorzystywał w powieściach. Na nic by się jednak ona zdała, gdyby nie talent pisarza, jego wielka wyobraźnia i umiejętność krytycznego spojrzenia na cywilizacyjne przemiany.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Autopromocja