Początek końca komuny

Zimę stulecia można było przetrwać tylko we wspólnocie. Wtedy narodziła się nasza solidarność. Jeszcze przez małe „s”.

Reklama

Wszystko zaczęło się w noc sylwestrową 1978/1979. Kataklizm zaskoczył ludzi wybierających się na bale, tysiące podróżnych śnieg uwięził w drodze. Władza nie ostrzegła obywateli o zbliżającej się klęsce żywiołowej. Generał mróz uderzył w nocy, a potem… z każdym dniem było już tylko gorzej. Śnieg najpierw zasypał północną, potem centralną Polskę, na końcu dotarł na południe. W ciągu kilkunastu godzin dziesiąta gospodarcza potęga świata (jak nas wówczas zapewniano) pokazała swoje prawdziwe oblicze. Dlaczego akurat tamta zima przeszła do historii, choć innych, równie surowych pod koniec XX wieku nie brakowało? Może dlatego, że wpisała się w ciąg zdarzeń, które doprowadziły do narodzin „Solidarności”?

Jak domek z kart

Klęska żywiołowa sprawiła, że Polska stanęła – dosłownie i w przenośni – na prawie dwa miesiące. Większość dróg już 1 stycznia była nieprzejezdna. Do usuwania śniegu wykorzystywano zarówno pospolite ruszenie, jak i wojska pancerne z ich sprzętem. Ferie w szkołach przedłużono do odwołania. Pługi nie odśnieżały, padały akumulatory, zamarzały olej i układy kierownicze. Brak prądu zatrzymał tramwaje w zajezdniach. Komunikacja publiczna w miastach została sparaliżowana. Nieliczne taksówki, które były na chodzie, zamiast pasażerów woziły ekipy usuwające nieustanne awarie. Kaloryfery przestały bowiem grzać, a prąd i gaz nie docierały do całych osiedli, wiosek i miast. Sytuacja z każdym dniem stawała się coraz dramatyczniejsza, bo wyczerpywały się też zapasy w sklepach. Węgiel na hałdach zamienił się w skały, a w wyniku zamarznięcia zwrotnic kolejowych i pękania szyn transporty opału nie dojeżdżały do elektrociepłowni.

Dziś często mówi się o III RP jako o „państwie teoretycznym”, ale w tamtych dniach państwo zwane PRL po prostu rozsypało się niczym domek z kart. Stanisław Ciosek, partyjny dygnitarz, w wydanej właśnie książce „Zima stulecia” Grzegorza Sieczkowskiego ujawnia, że właśnie po tamtych doświadczeniach narodził się w aparacie partyjnym pomysł dyslokacji mieszkańców wielkich osiedli do mniejszych miejscowości, gdzie łatwiej przetrwać atak zimy. Pomysł (oczywiście całkowicie surrealistyczny) chciano wprowadzić w życie trzy lata później, obawiając się powtórki kataklizmu. I nawet przygotowywano społeczeństwo na taki wariant. Ostatecznie w grudniu 1981 atak na Polskę przeprowadził nie generał mróz, ale generał Jaruzelski.

Więcej kaloryferów!

Towarzysz Jan Szydlak, zeznając w 1981 roku przed wewnątrzpartyjną komisją Tadeusza Grabskiego, która została powołana do rozliczenia ekipy Gierka, pytany o zimę stulecia przyznał: „Myśmy byli rzeczywiście na progu katastrofy. Polski system energetyczny był już w fazie początkowego rozkładu”. W zawoalowany sposób mówił o tym zresztą sam pierwszy sekretarz podczas orędzia sylwestrowego, wygłaszanego dokładnie w momencie, gdy kataklizm się rozpoczynał: „Rok, który mija, nie szczędził nam trosk i trudnych problemów. Trzeba tu przypomnieć wyjątkowo ciężki dla rolnictwa czas żniw i zbiorów jesiennych, rosnące zapotrzebowanie na przewozy i energię elektryczną. Mniej korzystne były także warunki sprzedaży na wielu rynkach, co spowodowało kłopoty z importem. Mimo wysiłku ze strony państwa, podjętego dla złagodzenia społecznych skutków tych zjawisk, wiem dobrze, że nie pozostały one bez wpływu na codzienne życie milionów ludzi pracy”.

Rok 1978, tak radosny dla Polaków za sprawą wyboru Jana Pawła II na papieża, obnażył jednocześnie gospodarczą ruinę PRL, także za sprawą niesprzyjającego klimatu. Lato było deszczowe, jesień paskudna, a zima okazała się już gwoździem do trumny. Złośliwi komentowali, że ów gwóźdź wcale nie musiał być pokaźnych rozmiarów. Powtarzano wówczas wierszyk: „Nam nie trzeba Bundeswehry, nam wystarczy minus cztery”.

Reakcja władzy na katastrofę państwa była typowa dla komunistycznej logiki: Biuro Polityczne zebrało się i podjęło uchwałę o… zwiększeniu produkcji kaloryferów. Ogłoszono ją w czasie, gdy w sklepach z trudnością można było znaleźć świeczki i znicze, bo kraj pogrążony był w mroku. Marcin Zaremba, historyk, pisał: „Podobnie jak w czasie kryzysu kubańskiego ludzie wykupywali mąkę, kasze, konserwy, sól, ciepłą bieliznę, ubrania. Masowo znikał ze sklepów chleb. W niektórych miejscowościach wprowadzono reglamentację towarów spożywczych”. Następował ostateczny krach propagandy sukcesu i snów o potędze.

Jedni drugich ciężary nieśli

Dla pokolenia urodzonego w III RP takie sytuacje są trudne do wyobrażenia, przypominają bowiem dzisiejszą Wenezuelę (tyle że w innych okolicznościach przyrody). Dla ludzi, którzy przeżyli wojnę albo równie srogą zimę z przełomu lat 1962 i 1963, było to po prostu kolejne traumatyczne doświadczenie. Natomiast dla ich dzieci, dorastających w realiach komuny, ale nie siermiężnej, gomułkowskiej, lecz tej ponoć „doganiającej Zachód”, wzmacnianej zaciąganymi przez Gierka kredytami, było to jedno z kilku doświadczeń pokoleniowych, które doprowadziły do buntu. Pierwsze tak mocne.

Książka Grzegorza Sieczkowskiego pełna jest relacji tyleż dramatycznych co… ciepłych. Nosi podtytuł „Portret pamięciowy kataklizmu”, ale jest zarazem „Polaków portretem własnym” z tamtych lat. Zaskakująco pozytywnym. Zawiera bowiem dziesiątki świadectw bezinteresownej pomocy, przykładów zachowań wspólnotowych i składa się na swoisty zbiorowy pamiętnik narodzin naszej solidarności. Wzruszający, ale i zabawny, bo trochę tu klimatów rodem z serialu „Alternatywy 4”. Rzeczywiście, takich sportretowanych przez Stanisława Bareję blokowisk, gdzie nagle przestały grzać kaloryfery, wyłączono prąd i zabrakło gazu, były w Polsce tysiące. Ludzie wychodzili w takich sytuacjach ze swoich mieszkań i wspólnie starali się znajdować wyjście z opresji. Dziś może to się wydawać oczywiste, ale wtedy był to pewien przełom. Komuna bardzo dbała, by siać nieufność i zamykać Polaków na wzajemne relacje. A wiadomo, że te nawiązywane w ekstremalnych sytuacjach bywają bardzo silne i trwałe. Zimę stulecia można było przetrwać tylko razem, we wspólnocie. Dzielono się prowiantem, wymieniano się usługami. Jedni drugich ciężary nieśli. Okazało się to najlepszą strategią przetrwania w czasach rozsypywania się systemu.

„Chcemy ciepła i światła”

Byliśmy wtedy zdani tylko na siebie. Władza, zwana ludową, nie była już w stanie ludowi pomóc. Za to pilnie obserwowała rodzące się zarzewia buntu. W Radomiu i Giżycku Służba Bezpieczeństwa wynotowała malowane na murach hasła: „Wolności i mięsa” oraz „Chcemy ciepła i światła”. A notowała skrzętnie, bo już miała za sobą doświadczenia 1976 roku, powstanie KOR, a rok później Studenckiego Komitetu Solidarności. Efekt szoku, jaki nastąpił podczas zimy stulecia, między wyborem Jana Pawła II na papieża a jego pierwszą pielgrzymką do kraju, sprawił, że miliony rodaków uświadomiły sobie, że PRL stała się państwem upadłym. Pod każdym względem.

Jest też w wydarzeniach zimy stulecia ogromny potencjał symboliczny. Zwłaszcza w jej pierwszych godzinach. Oto coś się nieuchronnie kończy, a coś zaczyna. Nie tylko w kalendarzu. Ludzie uwięzieni na dworcach, w pociągach, gdzieś w drodze, a najczęściej podczas zabaw sylwestrowych, znaleźli się nagle w sytuacji przypominającej „Wesele” Wyspiańskiego. Kataklizm sprawił, że czas stanął w miejscu i zaczęły się „nocne Polaków rozmowy”. Tę jedyną w swoim rodzaju chwilę uchwyciło zresztą wielu twórców. Motyw zimy stulecia można odnaleźć w kilku książkach i filmach. Tak zrodził się np. pomysł „Balu na dworcu w Koluszkach” Filipa Bajona.

Mimo wyjątkowości i przełomowości ów szczególny czas chyba wciąż nie jest właściwie „pozycjonowany” przez historyków. Pytany o to prof. Antoni Dudek potwierdza, że doświadczenie tamtych dwóch miesięcy było jednym z kluczowych etapów prowadzących do narodzin Solidarności. Być może rzeczywiście niedocenianym, choć – jak podkreśla autor „Reglamentowanej rewolucji” – to zaniechanie jest już w coraz większej liczbie opracowań nadrabiane.

To, co symboliczne, miało oczywiście wymiar także bardzo doczesny. Oficjalnie tylko do 2 stycznia 1979 roku odnotowano w Polsce 14 przypadków zgonów na skutek zamarznięcia, ale to z pewnością liczba mocno zaniżona. Niestety, nie ma zbiorczych danych, bo nawet jeśli takowe istniały, komunistyczna cenzura dbała o to, by ich nie upubliczniano. Z pewnością ofiar śmiertelnych musiało być wielokrotnie więcej, zwłaszcza w pierwszych dniach 1979 roku, choćby ze względu na problemy z docieraniem pogotowia do przypadków nagłych czy awarie w szpitalach (najpoważniejszą odnotowano we Wrocławiu). Także z tej przyziemnej perspektywy uprawnione wydaje się określanie tamtego czasu jako „zimy stulecia”. 

  Grzegorz Sieczkowski "Zima stulecia". The Facto. 2017

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • ROCZNIK 53
    24.02.2018 10:45
    Podał autor Legutko ,ze zmarznęło 14 ludzi pomnóż to razy trzy ( bo kiedyś wszystkiego nie podawano) to i tak jest mniej niż tej zimy , której de fakto nie ma , a ofiar śmiertelnych z zamarznięcia jest na dzień dzisiejszy 43 ludzi. Dobra zmiana . Więc nie narzekaj na komunę bo władze dzisiejsze jak nie wsadzą do więzienia to i tak zginą
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama