Casablanca

Ten film to nieomal obiekt kultu. Hołubiony przez krytyków, a jednocześnie wielbiony przez masową widownię, co w dziejach kina niezbyt często ma miejsce…

Reklama

Na pierwszy rzut oka „Casablanca” to nic innego, jak odegrana w atelier melodramatyczna historia, opowiadająca losy kolejnego ekranowego, miłosnego trójkąta. A jednak wielu uznaje ją za film wszech czasów. Skąd bierze się jej renoma?

Krytycy od dekad prześcigają się w uzasadnieniach i argumentacjach, widząc w tym dziele opowieść nieomal mityczną, rozpływając się w zachwytach na grą Humphreya Bogata, a nawet nad jego „prochowcem, który będzie jeszcze pasował na Leonarda Cohena, i kapeluszem, który już nie będzie pasował na Jana Rokitę.

Płaszcz z „Casablanki”, kapelusz ze wszystkich filmów – w tej postaci Bogart przeniknął najmocniej i najskuteczniej do naszych wyobraźni. W kapeluszach w ówczesnych czasach i filmach amerykańskich chodzą niemal wszyscy, Bogart zdaje się nosić swój najlepiej” – pisał swego czasu na łamach „Tygodnika Powszechnego” Marek Bińczyk, widzący w filmowym Ricku instynktownego fenomenologa, „który przenika naturę rzeczy jednym spojrzeniem”.

Zygmunt Kałużyński wyznawał zaś przed laty: „uwielbiam tę jedyną w historii poetyczną magię, pragnę "Draculi", "Dyliżansu", "Casablanki" i mam absolutnie dosyć kina nowej fali, kina autorskiego, kina prawdy, kina moralnego niepokoju, Kina Wysoce Wartościowego Nie Nadającego Się Do Oglądania. Do "Casablanki" mam tylko jedną pretensję, za nieprawdopodobny, niesłychany, niedopuszczalny błąd w scenariuszu: mianowicie, że Ingrid Bergman zadaje się z Bogartem, nie zaś ze mną, Z. Kałużyńskim”.

Zwykle fabuły, w których zakochanych rozdzieliła wojna, naszpikowane są scenami batalistycznymi. Tak było w "Przeminęło z wiatrem", w jego nazistowskim, propagandowym odpowiedniku, czyli „Kolbergu”, czy w nakręconej całkiem niedawno „Australii” z Nicole Kidman. W „Casablance” jest zupełnie inaczej. O II wojnie światowej dowiadujemy się z rozmów bohaterów, z narratorskiego komentarza, zamiast jednak oglądać niekończące się, zainscenizowane wojenne sekwencje, mamy możliwość bliżej przyjrzeć się głównym postaciom i wywnioskować z ich twarzy i zachowań, w jaki sposób wpływa na nich czająca się w tle wojenna zawierucha.

To także stanowi o niezwykłości tego nostalgicznego filmu, z którego pochodzi pamiętna kompozycja „As Times Go By” i któremu kolejne pokolenia kinowych twórców nieustannie składają hołd, we wszelkich możliwych konwencjach, od komedii zaczynając, a na science-fiction kończąc.

„Gość Niedzielny” pisał jakiś czas temu: „trudno sobie wyobrazić kogoś, kto nie widział dotąd najsłynniejszego filmu z Humphreyem Bogartem, ale okazja do obejrzenia go po raz kolejny zawsze jest wydarzeniem na miarę wizyty w najlepszej restauracji. Tej, w której czarnoskóry pianista gra filmowy przebój „As Time Goes By”, a ubrany w biały garnitur Rick bez słowa patrzy w oczy pięknej Ilsy (Ingrid Bergman).

Opowieść o niespokojnym czasie wojny w mieście uciekinierów, o wielkiej, choć niespełnionej miłości i o outsiderze, który na pytanie o swoją narodowość odpowiada: jestem pijakiem. Powstały w 1942 roku melodramat Michaela Curtiza zafascynował już wiele pokoleń i budzi nostalgię następnych. To się nigdy nie skończy”.

Casablanca - reż. Michael Curtiz. Wyk: Humphrey Bogart, Ingrid Bergman, Peter Lorre. USA, 1942 r.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama