Szlynzuchy - felieton z cyklu "Jo, Ślązok"

Zimowe ferie się udały? Dobrze, bo nawet największemu leniowi przyda się odmiana w trybie życia. Ale nie leniami dzisiaj chciałbym się zająć, ale sportami zimowymi na śląskich podwórkach.

Reklama

Tu z wielkim zadowoleniem należy przyjąć fakty, że coraz więcej miejscowości ma swoje sezonowe lodowiska. A podczas moich styczniowych podróży po śląskich miastach widziałem je na rynkach w Pszczynie, Wodzisławiu, w Rybniku...

A przecież takich luksusów jest u nas jeszcze więcej. Natomiast hitem lodowiskowym okazały się Marklowice, które zrobiły lodowisko, wykorzystując zupełnie inną technologię. Otóż nie ma tam mrożonej tafli lodowej, ale tafla ze specjalnego tworzywa sztucznego, na której można się ślizgać przez cały rok. Bo Marklowice już dawno przestały być bohaterem śląskich wiców i zmierzają chyba w kierunku stania się śląską „Doliną Krzemową”.

Kiedy patrzę na te lodowiska i na dzieci ślizgające się tam na łyżwach, to jednak widzę tylko kilkadziesiąt osób. W skali całego dnia, jest może kilkaset. Ale gdzie są pozostałe tysiące dzieci i młodzieży? I tu niestety jest jedna odpowiedź – przed komputerami. Może ktoś powie, że takie wysiadywanie przed komputerem czy przed telewizorem jest tańsze niż korzystanie z lodowisk. I tu racja.

Bo nawet jeżeli poszczególne miasta udostępniają swoje lodowiska za około 2 zł za godzinę i jeżeli zgodzimy się, że nie jest to majątek, to jednak nie jest to za darmo. A jeżeli jeszcze do tego trzeba wypożyczyć łyżwy, to jest kolejne około 2 zł. Zatem pójście na lodowisko codziennie na godzinę przez całe ferie robi już kwotę około 60 zł. A może jeszcze niektórzy na lodowisko musieli podjechać autobusem? Więc tak czy inaczej sporty zimowe kosztują.

I tutaj znów muszę stwierdzić, że dawniej było lepiej. Bo zimą na śląskich podwórkach było aż gęsto od dzieci grających w hokeja. Zamiast kija miały stare paryzole, kryki od starzików albo zwykłe kije. Krążkiem był kawałek drewna. A co na nogach? Ostatecznie wystarczyły zwykłe buty, jednak najczęściej ślizgano się na kilku gatunkach szlynzuchów, bo tak się po śląsku mówi na łyżwy.

Robiono je, przybijając do drewnianych pantofli druty, które robiły za płozy. Najczęściej jednak wyginano odpowiednio grubą blachę, nadając jej kształt litery C, i tak skonstruowane szlynzuchy przywiązywano paskami do szczewików, czyli butów. Co bogatsi mieli szlynzuchy zwane holyndrami, które przykręcało się do specjalnej podeszwy buta.

Na koniec trzeba jeszcze podkreślić, że dawniej lodowisko na ubitym śniegu było za darmo, a czas zabawy ograniczał moment, aż mama zawołała przez okno: Do dom! Koniec graczków! Wtedy taki śląski amator sportów zimowych wracał do domu, mając z przemarznięcia snopel aż po pas. Cała jego zimowa rekreacja była za darmo. No, prawie za darmo, bo po takich zabawach zjadało się więcej chleba na wieczerzo.

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama