Fenomen bliskości

Już ponad tysiąc osób wybrało się do teatru, żeby na jego deskach obejrzeć swoich znajomych. „Sztuka… ach sztuka” bije rekordy oglądalności.

Reklama

To była ryzykowna sprawa. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie realizowano. Świdnicki Ośrodek Kultury (ŚOK) przetarł ścieżkę, którą teraz mogą iść kolejni animatorzy kultury w miastach regionu. O pomyśle pisaliśmy już z racji premiery spektaklu „Sztuka… ach sztuka”. Przypomnę tylko: piętnaście osób, ludzie z różnych środowisk Świdnicy, ale raczej znani publicznie (nauczyciele, dyrektorzy, samorządowcy, literaci, ksiądz), zdecydowało się spróbować swoich sił na scenie.

Reżyserem przedstawienia został Juliusz Chrząstowski, na co dzień aktor Teatru Starego w Krakowie. Amatorska trupa teatralna dokonała nie lada wyczynu. Po raz piąty przy pełnej sali wystawiła swoją kabaretową opowieść o Polakach: żonach, mężach, petentach, urzędnikach, krytykach sztuki i hiperekspertach różnej maści.

To jest nasz
Analizując przyczyny powodzenia projektu, najpierw trzeba zauważyć, że żyjemy przede wszystkim swoim małym światem: rodziny, sąsiedztwa, znajomych najwyżej miasta. Tu rozgrywają się historie, które intrygują nas i budzą naszą ciekawość. Tu odkrywamy, że mamy realny udział w wydarzeniach i mamy realny wpływ na ich tok.

Dlatego taki świat obchodzi nas najbardziej. – Prawdopodobnie to jest pierwsza przyczyna powodzenia naszego spektaklu – ocenia Robert Kaśków, polonista, dyrektor świdnickiego liceum. – Ludzie chcą zobaczyć, jak ich znajomi, przełożeni, współpracownicy czy autorytety radzą sobie na scenie.

Przychodzą do teatru z czystej sympatii dla aktorów – wyrokuje.
Zaznacza także, że nie bez znaczenia jest to, że w mieście nie ma stałej grupy teatralnej, dlatego przedstawienie przygotowane własnymi siłami postrzegane jest jako bardzo interesujące wydarzenie. Że tak jest w istocie, może świadczyć fakt, że spektakl obejrzało ponad tysiąc widzów.

To jest dobre
Poszukując recepty na udaną premierę, trzeba wziąć pod uwagę zapotrzebowanie środowiska na konkretny rodzaj sztuki. Świdniccy producenci spektaklu „Sztuka… ach sztuka” postawili na kabaret. I to był strzał w dziesiątkę. – Chcemy się śmiać – diagnozuje dyrektor Kasprowicza. – I to nie tylko z dosadnych i niewyszukanych dowcipów popularnych kabaretów znanych ze szklanego ekranu.

Umiemy bawić się także przy bardziej ambitnych tekstach klasyków gatunku: Gałczyńskiego i Tuwima. Okazuje się, że intelektualna praca, jaką trzeba wykonać przy rozszyfrowaniu ukrytych w scenariuszu skojarzeń i znaczeń, pociąga nie tylko dorosłych i wyrobionych teatromanów, ale także młodzież, o czym przekonaliśmy się podczas specjalnego spektaklu właśnie dla licealistów – zastrzega.

Kabaret daje także bardzo duże pole do popisów aktorskich. Krótkie scenki rodzajowe domagają się precyzyjnych środków wyrazu, by mogły być czytelne. Wie o tym reżyser przedstawienia i dlatego zrobił wszystko, żeby wydobyć ze swoich aktorów niuanse dodające narracji smaczku.

Z drugiej strony kabaret jest naturalnie bardzo łaskawy dla amatorów. – Żeby zrealizować klasyczny dramat trzeba już mieć opanowany warsztat aktorski. Jeżeli oczywiście chcemy zrobić spektakl, który nie będzie amatorszczyzną – dodaje Juliusz Chrząstowski. – W kabarecie nie jest to takie ważne.

– Dlatego myśląc o następnym projekcie, którego premiera mogłaby się odbyć w maju, przymierzamy się do kolejnej odsłony kabaretu w wykonaniu świdniczan – snuje plany Halina Szymańska z ŚOK.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Więcej nowości

    Reklama